Kalifornia

 :: Dziennik ::
 Kulinaria
 Mapa
 

 Galeria

 Zdjęcia stare i nowe
 

 Krótkie wypady

 Węgry
 Bruksela
 Mediolan
 Macedonia
 Irlandia
 Kraj Basków
 Słowenia
 

 Turcja/Iran

 Dziennik
 Kulinaria
 O Iranie
 Mapa
 

 Wietnam/Malezja

 Dziennik
 Kulinaria
 Mapa
 Nasze plany
 

 Kanada

 Dziennik z BC
 British Columbia
 Mapa
 Plany
 Nomeansno
 

 Nowa Zelandia

 Dziennik z NZ
 Kulinaria
 Mapa
 Zwierzęta
 Dobre rady Homika
 Co zobaczymy?
 NZ - almanach
 

 Azja Płd.-Wsch.

 Dziennik z Azji
 Kulinaria
 Dobre rady Homika
 Mapa
 

 Linki

 Ciekawe strony
 

 Szukaj w newsach

 






Tytułem podsumowania 23.12.2009 23:55 GMT+1
Jako sie rzeklo, czas na podsumowania. W mijajacym roku tak sie zdarzylo, ze odwiedzilismy dwa panstwa nalezace do tzw. osi zla (tfu, ja to powiedzialem, czy pomyslalem...?).

No wiec zacznijmy jeszcze raz: wizyta w Stanach rozbudzila w nas ambiwalentne uczucia. Co nam sie podobalo? Przyroda, przyroda, przyroda, do tego etniczne zroznicowanie spoleczenstwa (przekladajace sie na zroznicowanie knajpek i oferty kulinarnej, oj, bez tego byloby ciezko...), no i nie mozna pominac mozliwosci oddania sie nieokielznanej konsumpcji. W naszym przypadku skutkowalo to zakupieniem okolo 50 plyt w sklepach muzycznych w San Francisco. Nawet nie chodzi o to, ze jest taniej niz w Polsce - po prostu niektorych pozycji nie da sie w kraju dostac!

A co nam sie nie podobalo? Coz, zdanie na temat przecietnych mieszkancow USA wyrobilismy juz dawno tu i owdzie uporczywie unikajac odpowiadania na wszelkie slowne zaczepki i zdawkowo traktujac jakiekolwiek proby zagajenia przy stole / w autobusie / na dworcu / w guesthousie. Kogo normalnego - myslelismy - obchodzi wszystko to, o co pytali lub co mowili o sobie Amerykanie - turysci. Oczywiscie czasem spotykalismy osoby nie pasujace do tego schematu, ale z reguly imperialna geba sie nie zamykala. No i niestety wycieczka do Stanow Zjednoczonych wiaze sie z nieustanna interakcja z osobami, ktore znajduja sie dookola. Kelner najprawdopodobniej zachorowalby (a moze bylby zwolniony z pracy), gdyby nie podchodzil szesc razy w ciagu godziny do stolika pytac sie czy wszystko jest w porzadku. Wiec podchodzi. Kierowca autobusu zagaduje pasazerow, a widzac skromna reakcje (choralnie odpowiada ledwie 1/3 pasazerow - badz co badz komercyjnych klientow), zagaduje jeszcze raz, domagajac sie wiecej entuzjazmu! Czasem mielismy naprawde dosc tych wszystkich "how are you", "how are you doing", "is everything alright" itp.

Gadulstwo nie znika wraz z wyjazdem w gory. Amerykanie chodza po szlakach gadajac i ploszac zwierzeta. Oczywiscie ci, co na szlaki w ogole sie zapuszcza. Ci, co sie nie zapuszczaja, wola objechac najwieksze atrakcje parkow narodowych autobusem i podziwiac wszystko z odleglosci:



A jak juz sie zapuszcza na szlak, to latwego zycia nie maja. Jesli ktos potrafi poslugiwac sie systemem metrycznym (Vincent z Pulp Fiction nie potrafil), to spotka takie kwiatki:



I komu tu wierzyc? Czy prawdziwa jest informacja w milach czy kilometrach? Jesli obie sa prawdziwe, to raz mila jest rowna 1.35 km, a raz 1.7km... sam po powrocie pobieglem do komputera sprawdzic jak jest naprawde;)

W wielu miejscach czlowiek jest bombardowany informacja (wizualna, ale chyba najczescie dzwiekowa) - ma przejsc, nie przechodzic, przejechac, nie zatrzymywac sie, uwazac na stopien, na niedzwiedzie, na urwiska itp. Taka multiplikacja daje wrazenie, jakobysmy sie poruszali po kraju zamieszkalym przez kretynow. Ale czy nie jest tak, ze taki system (ktorego zrodel szukac chyba nalezy w amerykanskim systemie sprawiedliwosci, ktory wytworzyl koncepcje odpowiedzialnosci za produkt itp) sam stwarza spoleczenstwo, ktore nie jest zdolne do samodzielnego myslenia i trzeba mu wszystko podpowiadac? O tym przekonamy sie w nastepnym odcinku. A moze juz sie przekonalismy?


Oakland, Napa, Sacramento... 21.10.2009 22:54 GMT+1
Na ostatnie dni wyjazdu porzucilismy San Francisco i objechalismy okoliczne miasta. Zaczelismy od Oakland - to miasto ponad 400-tysieczne, lezace po przeciwnej w stosunku do SF stronie zatoki (w tzw. East Bay Area). Wielu mieszkancow Oakland zwiazalo zapewne swa zawodowa droge z San Francisco i codziennie dojezdza do pracy w SF. A dojezdzac mozna na rozne sposoby: podziemna kolejka (3.10 dolara w jedna strone, 15 minut), samochodem (4 dolary za przejazd przez most - ale tylko w strone SF - czas dojazdu pewnie rozny), i w koncu promem (6 dolarow w jedna strone, pol godziny). Korzystajac z ladnej pogody my opuscilismy Frisco wlasnie promem - co pozwolilo nam na podziwianie ladnych widokow:)



Oprocz duzego portu Oakland ma sympatyczne nabrzeze z kilkoma sklepami i knajpkami, oddzielone od reszty miasta torami kolejowymi (po ktorych przetaczaja sie pociagi towarowe!). Dalej idzie "Old Oakland" - mizerne cztery kwartaly przypominajace jako tako miasto europejskie, z czyms na ksztalt wiktorianskich kamieniczek. Kilkadziesiat metrow dalej juz zaczyna sie dzielnica wysokich biurowcow i hoteli, a potem krzyzujace sie prostopadle ulice tylko sie juz multiplikuja tworzac typowy krajobraz amerykanskiego miasta. No ale nie przyjechalismy do Oakland, zeby je zwiedzac, lecz by sie bawic! W "Starym Oakland" szybko znalezlismy bar z dziesiecioma gatunkami belgijskich i belgijskopodobnych (lecz warzonych w USA) piw gornej fermentacji - i to beczkowych. Butelkowych bylo pewnie z 50! Calkiem obiecujaco. Potem zjedlismy calkiem dobrze w meksykanskiej Antojerii - czyli z grubsza odpowiedniku wypasionego hiszpanskiego tapas baru. Przy okazji musielismy wysluchac utyskiwan pana siedzacego przy sasiednim stoliku, ktory domagal sie od kelnera podania frytek do zamowionej meksykanskiej potrawy... Zgroza!

No a wieczorem koncert Gogol Bordello - bylo super, nie tylko sam koncert (szczerze namawiamy na koncerty w Warszawie i Krakowie 8 i 9 grudnia!), ale i miejsce: klub przerobiony ze starego teatru z parterem w trzech coraz to wyzszych poziomach zapewniajacych ekstra widocznosc i rozdzielonych barierkami, a takze pietrem - jak w teatrze - z miejscam siedzacymi. Do tego z 10 barow, wiec nie bylo zadnych kolejek po piwo i drinki. No i ten dzwiek! Nastepnego dnia - juz w innym miejscu - widzielismy za to Nomeansno - coz za zbieg okolicznosci, sami przyznacie;)

Na polnoc od Oakland na lekko pofaldowanym terenie, w obrebie dolin Sonoma i Napa znajduja sie cala masa winnic. Jak tylko opuscilismy Oakland udalismy sie tam z zamiarem poprobowania tutejszych chardonnay i pinot noir. I musze powiedziec, ze zniechecil nas nieco tlum ludzi - moze przez weekend, moze przez okres zbioru winogron, a moze po prostu tak tam maja. Ogolnie drogo, turystycznie i malo ciekawie - moze po prostu mielismy pecha, bo jak zjechalismy z glownych drog, to od razu zrobilo sie przyjemniej i calkiem pusto. Niemniej pierwsze wrazenie przewazylo i dosc szybko zwinelismy sie do Sacramento.

Do Sacramento przywiodla nas nie chec spotkania gubernatora Schwarzeneggera (tu wlasnie miesci sie stolica stanu Kalifornia), ani tez walory krajoznawczo-turystyczne (no coz, centrum zabudowane jest przecinajacymi sie prostopadle ulicami, oznaczonymi kolejnymi literami oraz cyframi - w zaleznosci od tego, czy droga wiedzie z polnocy na poludnie, czy ze wschodu na zachod...). W miescie zaplanowano ostatni z serii koncert w ramach krotkiej trasy Nomeansno, z udzialem kilku innych zespolow, w tym okazjonalnego projektu Mike'a Watta z legendarnej grupy The Minutemen. Koncert oczywiscie byl super, zostal mi sie z niego plakat:



W niedziele z zalem opuscilismy zarowno Sacramento, jak i cala sloneczna Kalifornie. Ostatnia przejadzka kabioletem, ostatnia miska chowderu, ostatnie zakupy (wracamy z 30 plytami i 10 ksiazkami...), ostatni rzut oka na ocean i ostatnie zdjecie:



W galerii znajdziecie wiecej zdjec. Wkrotce Ania napisze co nieco, a moze nawet calkiem sporo o naszych wrazeniach kulinarnych - byly dosc ambiwalentne, ale to nie znaczy, ze nieciekawe! I ja tez jeszcze postaram sie cos dopisac, bo - podobnie jak Iran - Ameryka jest wspanialym miejscem do poczynienia obserwacji socjologicznych.


San Francisco z bliska 19.10.2009 5:20 GMT+1
San Francisco wciaga. Choc na pierwszy rzut oka robi wrazenie brudnego i zapuszczonego miasta, to nie nalezy sie tym zrazac. Kloszardzi obsiedli centrum miasta, ale na szczescie sa tez inne dzielnice;) The Mission, gdzie chyba czesciej slychac hiszpanski, niz angielski; Russian Hill i Nob Hill - jak sama nazwa wskazuje polozone na wzgorzach, z porzadnymi (choc oczywiscie wciaz drewnianymi...) domami; jest dzielnica finansowa wygladajaca jak kazda dzielnica finansowa w duzym miescie; jest wybrzeze rybacko-turystyczne, jest Chinatown (ponoc najwieksze na swiecie, ale w Ameryce wszystko jest najwieksze na swiecie). Jest dzielnica typowo handlowa, jest tez de facto zagospodarowywany na nowo obszar starych magazynow i warsztatow, gdzie powstaja nowoczesne muzea i budynki rzadowe. No i jest ogromny Golden Gate Bridge, ktory mozna ogladac z niezliczonej ilosci perspektyw. Sa tez stare tramwaje zasuwajace po stromych uliczkach Frisco - przejazdzka nimi to punkt obowiazkowy, chociaz na niektorych trasach zakrawa to na straszna cepelie. Nam najbardziej podobaly sie polozone nie w scislym centrum okolice ulicy Hayes, gdzie mieszaja sie designerskie (nie mam tu na mysli designerow wloskich, ani francuskich, lecz maloskalowych lokalnych, jak na przyklad ten) butiki, sklepy plytowe, bary i nowoczesne restauracje. Niedaleko jest tez czesto fotografowany (i niestety przyciagajacy turystow) Alamo Square:



Z rzeczy bardziej kulturalno-naukowych zwiedzilismy muzeum nauki (Academy of Science), gdzie najwiekszymi atrakcjami są ogromne akwaria, czteropietrowa "palmiarnia" z lasem deszczowym (z motylami, ptakami i w ogole!) i planetarium. Planetarium, jak planetarium - technicznie nawet zaawansowane, ale do tego wszystkiego jak zwykle nawalnica slow w stylu wykladu dla nie do konca rozwinietych dzieci.

A w ramach poznawania zycia duchowego Amerykanow zagladnelismy do stojacej na jednym ze wzgorz katedry sw. Marii. Budynek z lat osiemdziesiatych przypomina z zewnatrz nasz koscioly z tamtych czasow (nowohucka Arka?), a w srodku wyglada tak:



Mamy nawet kilka odkryc czysto kulinarnych, ktore pozwalaja nam miec nadzieje, ze ten narod wyjdzie jeszcze na ludzi i zarzuci barbarzynskie obyczaje typu podawanie ziemniakow na sniadanie (powszechne), czy popijanie glownego dania kawa z ekspresu przelewowego (podpatrzone w jednogwiazdkowej restauracji z przewodnika Michelin). O tych odkryciach i pewnie wiecej o amerykanskiej kuchni Ania napisze pewnie cos wiecej w najblizszych dniach.

Blog zrobil sie tymczasem nieco offline'owy, zdjecia pojawiaja sie z opoznieniem, szwankuje mozliwosc dodawania komentarzy - ale nad wszystkim obiecuje popracowac zaraz po powrocie. Minelo niecale poltora tygodnia, a nam sie wydaje, ze duzo wiecej, bo tyle w tym czasie zobaczylismy. Dlatego bedziemy mieli o czym pisac jeszcze przez jakis czas:)





San Francisco 14.10.2009 9:29 GMT+1
No i ciagle kicha. Przez ponad dobe przebywania w San Francisco nie widzielismy ani jednej kawiarni internetowej, widocznie wszystkim tu wystarcza ogolnodostepny internet bezprzewodowy - niestety nasz aparat fotograficzny nie obsluguje wifi:(

Z innych technicznych ciekawostek: wciaz nie posiedlismy umiejetnosci blokowania spamu w komentarzach do postow. Dlatego opcja komentowania jest na razie w ogole wylaczona - sorry.

Do meritum zas wracajac, to San Francisco - pomimo koszmarnej pogody (to byla najwieksza ulewa od lat!, Ania az kupila kalosze!) i niezliczonej ilosci menelstwa i zuli (przynajmniej w tych czesciach miasta, ktore dotad widzielismy) robi dosc fajne wrazenie.

Miasto nie jest olbrzymie, mozna je jakos ogarnac albo przejsc piechota z jednej dzielnicy do drugiej (trudne do wykonania w Londynie czy Paryzu).
Mozna odwalic program typowo turystyczny, ale mozna tez powloczyc sie po bardziej "miejscowych" okolicach. Wydarzen kulturalnych jest tyle, ze co dzien mozna by zaliczac jakis koncert, ale z drugiej strony jak to zrobic, gdy jest tyle pokus kulinarnych (3 tysiace restauracji i barow, czyli po 250 mieszkancow na jedna knajpe) - z tym ze oczywiscie nie kazdy lokal to pokusa:/ Niemniej SF to jedno z takich miejsc, gdzie chcialoby sie na kilka miesiecy zamieszkac i doglebnie je poznac. Inne takie miasta to dla mnie Singapur i Berlin.

Na razie staramy sie to wszystko jakos wyposrodkowac, a ze spedzimy tu jeszcze prawie trzy dni, to bedziemy mogli to i owo podsumowac na tych lamach. No i oczywiscie zdjecia, pamietamy...


Park Narodowy Yosemite 12.10.2009 6:52 GMT+1
Jako sie rzeklo, pierwsze dni w Stanach spedzamy w Parku Narodowym Yosemite. Zanim sie tu dostalismy, musielismy wstac w Warszawie o 4 rano, zdazyc na samolot o 6.30 i z jedna tylko przesiadka wyladowalismy w poludnie tutejszego czasu w slonecznym (podobno to ewenement) San Francisco. W miedzyczasie zjedlismy trzy sniadania, lunch i obiad, a dopiero byla dwunasta! To dobrze rokowalo;)

Z wypozyczalni wzielismy jakiegos Dodge'a (rzut oka na wskaznik zapelnienia baku po przejechaniu 300 km wystarcza, by przekonac sie, czemu tutejszy przemysl samochodowy bankrutuje w starciu z Azjatami) i po kilku godzinach bladzenia, stania w korkach, koniecznych zakupow, niemal zasypiajac za kierownica, wyladowalismy okolo 9 wieczorem (6 rano w Polsce) w Yosemite West. Po czym nadeszlo wymarzone 10 godzin snu w sympatycznym bed&breakfascie:)



Sobote i niedziele przeznaczylismy na wycieczki po parku. Wiekszosc szlakow przebiega na wysokosci 1500-2500 metrow (my mieszkamy na ok. 2000). Trasy sa fajnie poprowadzone krawedziami urwisk, blisko wodospadow, ale tez po prostu po lesie, gdzie az roi sie od zwierzat (i nie mam tu na mysli owadow). Byloby ich zapewne jeszcze wiecej, gdyby gadatliwi Amerykanie przestali pytlowac i ploszyc zwierzeta, a zamiast tego rozejrzeliby sie wokol siebie. Potrafia przejsc 10 metrow od jelenia albo pod siedzacym na galezi jastrzebiem i nic nie zauwazaja!

A my spokojnie spacerujac widzielismy w ciagu paru godzin kilka jeleni, sokola, jastrzebia, kruki, dzieciola i pare innych kolorowych ptaszkow, no i oczywiscie miliard rodzajow wszedobylskich wiewiorek. A rano ostatniego dnia pod nasze okna podeszly kojoty!









Widzielismy tez sekwoje, naprawde sa duze, a ciekawe jest to, ze co jakis czas robi sie kontrolowane pozary lasow, zeby wytepic wszystkie drobniejsze gatunki drzew, ktore zabieraja sekwojom miejsce i skladniki odzywcze z gleby...

Zrobilismy pare zdjec, w sumie pogoda dopisywala, wiec powychodzily dosc ladnie. No bo w ogole jest tu dosc ladnie:)

yosemite valley



<< Poprzednie 1 2 Następne >>

Content Management Powered by CuteNews

© hominski.net 2005-2010
wejść od 29.01.05