Birma / Singapur

 :: Dziennik ::
 Kulinaria
 Mapa
 

 Galeria

 Zdjęcia stare i nowe
 

 Krótkie wypady

 Węgry
 Belgia
 Mediolan
 Macedonia
 Irlandia
 Kraj Basków
 Słowenia
 Berlin
 Kopenhaga
 Szkocja
 Londyn
 

 Tanzania

 Dziennik
 

 Afryka Południowa

 Dziennik
 Kulinaria
 Mapa
 

 Kalifornia

 Dziennik
 Kulinaria
 

 Turcja/Iran

 Dziennik
 Kulinaria
 O Iranie
 Mapa
 

 Wietnam/Malezja

 Dziennik
 Kulinaria
 Mapa
 Nasze plany
 

 Kanada

 Dziennik z BC
 British Columbia
 Mapa
 Plany
 Nomeansno
 

 Nowa Zelandia

 Dziennik z NZ
 Kulinaria
 Mapa
 Zwierzęta
 Dobre rady Homika
 Co zobaczymy?
 NZ - almanach
 

 Azja Płd.-Wsch.

 Dziennik z Azji
 Kulinaria
 Dobre rady Homika
 Mapa
 

 Linki

 Ciekawe strony
 

 Szukaj w newsach

 






Remanent 15.3.2012 22:55 GMT+1
Uzupelnilismy juz nie tylko dziennik z Birmy, galerie zdjec, birmanskie kulinaria, ale i zalegle kulinaria ze Szkocji!

W ten sposob wyszlismy na prosta i oficjalnie zaczynamy przygotowania do nastepnego wyjazdu!


Singapur i powrót do domu 11.3.2012 23:22 GMT+1
Po niemal trzech tygodniach w Birmie trzy spedzone bez pospiechu dni w Singapurze mialy pozwolic nam ostatecznie naladowac akumulatory przed powrotem do kieratu, tfu, chcialem powiedziec do kraju. I rzeczywiscie, spedzilismy ten czas bez specjalnego pospiechu, wloczac sie bez specjalnego celu po roznych dzielnicach.

Nie obylo sie bez obserwacji socjologicznych, czy raczej pseudosocjologicznych. Moim zdaniem Singapur coraz bardziej staje sie gigantycznym centrum handlowo-rozrywkowym. Nie miastem, po prostu centrum wydawania pieniedzy. Poprzednio, ani w 2005 roku, ani w 2008, nie widzialem tego az tak dobrze. WSZYSTKO podporzadkowane jest wydawaniu pieniedzy, najlepiej przez obywateli innych panstw (dzieki temu bilans obrotow biezacych wyglada dobrze, a rezerwy walutowe rosna!). Hotele - coraz wyzsze, bardziej ekskluzywne i drozsze. Centra handlowe - coraz obszerniejsze i polaczone podziemnymi pasazami. Bary i restauracje - coraz drozsze. Do tego centra "rozrywkowo-rodzinne": wyspa Sentosa - swoiste centrum plazowo - naukowe (o ile mozna tak to nazwac); kompleks dziennego i nocnego zoo rozbudowywany wlasnie o "wodne zoo"; rok temu zbudowali nawet cos na ksztalt London Eye i nazwali to Singapore Flyer - potezne, o wysokosci 150 metrow kolo kreci sie przez caly dzien i pol nocy dostarczajac chetnym widoku z gory na cale miasta - za jedyne 30 tutejszych dolarow.

Moze to znuzenie kapitalizmem, moze "kryzysem", ale juz drugiego dnia mielismy wszystkiego dosc i uciekalismy poza centrum. Tanjong Pagar - ta dzielnice odwiedzilismy juz kiedys, chinszczyzna + mala uliczka rozrywkowa gdzie akurat obchodzono cos na ksztal orleanskiego karnawalu. Kampong Glam - dawna dzielnica muzulmanska, obecnie centrum sprzedazy dywanow + miejsce alternatywnych knajp, z ktorych polowa wywiesza plakaty nawolujace do nie sprzedawania alkoholu w dystrykcie, a druga polowa sprzedaje tenze alkohol. I w koncu Katong, najmniej turystyczna z nich trzech, dzielnica starych shophouse'ow, czyli dwupietrowych domow z warsztatami / sklepami / punktami uslugowymi na parterze i mieszkaniami na pietrze. Pewnie jeszcze 5 lat i zaczna ten Katong zabudowywac apartamentowcami, bo centra handlowe juz sie zaczely tu pojawiac...

Lecac DO Birmy widzielismy wszedzie reklamy airshow, ktore mialo odbyc sie wlasnie w weekend, kiedy wracalismy z Birmy. Kupilismy wiec bilety i udalismy na teren wystawienniczy kolo lotniska Changi. Na okres pokazow lotniczych zatrzymano ruch samolotow pasazerskich na lotnisku. I slusznie, bo to, co wyprawiali piloci (glownie wojskowych) samolotow naprawde przyprawialo o bol glowy, wzglednie mdlosci. Beczki, korkociagi, przeloty wielkim transportowcami na niskiej predkosci - publicznosc (zdyscyplinowana, jak to zwykle w Singapurze) piszczala z uciechy, a nastepnie grzecznie udala sie do domow. Z tego, co zauwazylem, po koncertach (na ktorych trudno o zywiolowe zachowania) tez z reguly karnie udaja sie do domow. Inna reakcja pewnie podlega surowej karze, podobnie jak zucie gumy, uzywanie papierosow elektronicznych itp...

Czy wiec Singapur jest fajny? Pewnie tak, skoro coraz wiecej ludzi (nie tylko Azjatow, ale i Europejczykow, Australijczykow) chce tu mieszkac i pracowac. Jest schludnie, czysto, przestronnie, bezpiecznie. Ale czy nie za bardzo? Dla mnie tak, mozna sie udusic w tym sosie. Osobiscie wole Niemcy, gdzie z jednej strony Ordnung muss sein, ale tez nikt nie bedzie mial pretensji, gdy pociagasz piwo z butelki w metrze. No i koszty - za pewnoscia do przelkniecia przez zarabiajacego na miejscu wyksztalconego Singapurczyka, ale coraz wyzsze nie tylko dla mniej kwalifikowanych mieszkancow, ale i dla wizytujacych to panstwo Europejczykow...

Dosc tego biadolenia, wracamy do Polski. Nie po to, zeby usiasc na tylku. Krakow, Bielsko, Warszawa, Bydgoszcz, Poznan - to plan na najblizsze trzy dni. Stambul, Eindhoven, Frankfurt, Sztokholm, Miami, Nowy Jork - to nastepne dwa miesiace. Nie ma lekko;)


W ramach podsumowania 26.2.2012 14:16 GMT+1
Po wizycie w Birmie pozostaly juz tylko wspomnienia, butelka rumu Mandalay i pudelko cheerootow, takich slabych cygaretek, do wypalenia.



Mozna wiec pokusic sie o mniej lub bardziej trafna probe podsumowania tego, co widzielismy na miejscu przez trzy tygodnie.

Na pewno Birma to jeden z najbiedniejszych krajow, w ktorych bylismy. Pewnie nawet nabiedniejszy, bo w koncu jako turysci zagraniczni mielismy dostep tylko do wybranych terenow, a wieksza czesc kraju (w tym cale stany) pozostaje zamknieta dla osob z zewnatrz. Na pewno wladze nie zamknely tych terenow dlatego, ze oplywaja one w dostatek. Pozytywne skutki turystyki w postaci naplywu dolarow (tylko nowe banknoty! ilez sie nameczylismy usilujac wydac lekko pokancerowana dwudziestodolarowke;) ograniczaja sie wiec tylko do tych miejsc, ktore odwiedzilismy. Wiec skoro tam bylo biednie, to co musi byc gdzie indziej...

Pomimo tego ludzie jakos zyja za te swoje przyslowiowe dwa dolary dziennie, najwyrazniej w duzym stopniu pogodzeni z losem, nieskorzy do jakiegos wielkiego wysilku w celu poprawy swojej sytuacji, ale tez i w miare zadowoleni z tego co maja - do momentu oczywiscie, gdy rzad nie podwyzsza kilkudziesieciokrotnie cen biletow autobusowych, jak w 2007 roku...

Ludzie - zazwyczaj uprzejmi, pomocni i usmiechnieci - choc nad natura tego usmiechu nieraz sie zastanawialismy. Jak to w innych krajach azjatyckich, gdzie w kazdej sytuacji unika sie "utraty twarzy" usmiech pozwala zamaskowac prawdziwe zamiary, zaklopotanie, zmieszanie czy niezrozumienie (oto nietrudno, bo malo kto umie porozumiec sie po angielsku poza kanonem 200 podstawowych slow). Wydaje sie, ze biali ludzie czesto biora ten usmiech za dowod przyjaznego, pogodnego nastawienia Azjatow i wywodza z niego teze o ich "dobroci". To skoro takie niby to dobre usposobienie, to czemu Ci sami Azjaci wyrzynali sie (i dalej wyrzynaja) w pien - i w czasie II wojny swiatowej, i teraz w Birmie (rzad caly czas prowadzi wojne z partyzantami w poszczegolnych stanach)?

Czesto mowi sie, zeby w rozmowach z ludzmi nie poruszac tematow politycznych, bo nigdy nie wiadomo czy nie rozmawia sie agentem bezpieki. Tymczasem zauwazylismy, ze Birmanczycy sami czesto rozpoczynaja ten temat, nie tylko rozpolitykowani ostatnio mnisi, ale i zwykli ludzie majacy do czynienia z obcokrajowcami (a wiec ci znajacy angielski - wiec probka nie do konca reprezentatywna!). Chyba jestesmy swiadkami kolejnej proby zmian w kraju, gdyz stojacy w obliczu trudnej sytuacji ekonomicznej rzad, chlodzac stopniowo stosunki z Chinami (a silne antychinskie nastroje ludnosci silnie sie do tego przyczyniaja - najlepszym przykladem jest zaniechany wskutek protestow projekt budowy ogromnej hydroelektrowni z udzialem kapitalu chinskiego) musi wyprostowac swoje stosunki z Zachodem. Cena negocjowanego zapewne pakietu pomocowego MFW i zniesienia kilkunastoletnich sankcji jest stopniowa liberalizacja zycia politycznego, uwolnienie wielu wiezniow politycznych i zaplanowane na 1 kwietnia wybory czesci nowych czlonkow parlamentu, w ktorych to ma wziac udzial dlugo zamknieta w areszcie domowym noblistka Aung San Suu Kyi. Z tego samego powodu mozna tez odwiedzic domowy show slynnych, wielokrotnie wiezionych Moustache Brothers, ktorzy swoim juz nieco stepionym poczuciem humoru dopiekaja rzadzacej juncie.



Birma z perspektywy nie tylko europejskiej jest krajem totalnie zacofanym. Swiadkowie mowia jednak, ze podobnie wygladala Tajlandia 25 lat temu, a zdjecia Singapuru sprzed 35 lat rowniez drastycznie roznia sie od obecnego obrazu tego miasta - panstwa (ktory to temat zasluguje swoja droga na odrebne potraktowanie na tych lamach). Byc moze to juz ostatnie lata na odwiedziny tego skansenu - jak zwykle w takich sytuacjach ma sie ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony mozna zobaczyc, jak wyglada kraj, w ktorym w wielu aspektach czas zatrzymal sie kilkadziesiat, a nawet sto kilkadziesiat lat temu. Z drugiej strony, w imie czego ci ludzie maja sie meczyc i wciaz zyc bez wielu udogodnien i prostych zdobyczy cywilizacji? Z takim dylematem wlasnie dylematem opuszczamy Birme.

Z wczesniejszych postow mniej rozgarniety czytelnik moglby odniesc mylne wrazenie, ze nam sie tu nie podobalo. A nic bardziej mylnego. Podobalo nam sie. Najnowszy dowod w postaci ponad 200 zdjec znajduje sie w galerii.


Yangon vel Rangoon 16.2.2012 6:35 GMT+1
Powolutku nasza prawie trzytygodniowa eskapada dobiega konca. Ostatnie dwa dni spedzamy w Yangonie, zwanym przed ostatnia fala zmian nazw (Burma na Myanmar, Pagan na Bagan itp) Rangunem. Miasto jest duze, ponoc czteromilionowe, ale przypominam, ze nie jest juz stolica kraju, odkad kilka lat temu generalowie przeniesli wszystkie centralne urzedy wraz z urzednikami i ich rodzinami do nowowybudowanego miasta kilkaset kilometrow na polnoc. Coz, ciekawe kiedy nastepna zmiana, bo w takim XIX wieku stolice zmieniali sie chyba czesciej niz krolowie...

W Yangonie mamy poczucie wiekszej, co nie znaczy ze pelnej cywilizacji. Oddycha sie jakby lzej, bo wszystkie drogi sa asfaltowe, a motorki zakazane - pewnie kolejny wymysl generalow;) nie znaczy to, ze pieszemu jest latwiej - wrecz przeciwnie, wymalowane od czasu do czasu na trzypasmowych drogach zebry daja jedynie iluzje bezpiecznego przejscia przez droge. W rzeczywistosci trzeba przechodzic pas po pasie czekajac az samochody przejada. Mimo wszystko bezpieczniej przejsc przez chmare motorkow a la Sajgon.

Mieszkamy sobie dosc wygodnie w dzielnicy Bahan na polnoc od centrum, w okolicy, gdzie przewazaja ogromne, chyba tysiacmetrowe domiszcza, zdaje sie ze rezydencje ambasadorow i - jak to mowimy - "bogatych Myanmarow". Cala okolica jest dosc zielona, sa tez dwa jeziorka, troche drozszych hoteli, klub golfowy itp. Jak ktos - np. bogaty Myanmar - ma duzo pieniedzy, to moze to zyc zaiste wygodnie.

Jesli chcialoby sie odwiedzic Yangon w dwie godziny to nalezy udac sie do Shwedagon Paya, najwiekszej swiatyni w kraju, symbolu miasta i celu pielgrzymek buddystow z calego kraju. Sterczacy na 100 metrow zloty czub jest widoczny z terenu calego miasta i stanowi uzyteczny punkt odniesienia - nie to, zeby latwo sie bylo tu zgubic. Miasto jest stosunkowo nowe (XIX wiek?) i jego centralna czesc zaprojektowano w formie szachownicy ulic. Nie przeszkodzilo to dzis taksowkarzowi obwiezc nas po calym miescie, bo mu sie cos tam pomylilo, ale za to mielismy za rozsadna cene (3000 kyatow = 12 zlotych) polgodzinna wycieczke krajoznawcza po miescie:) i przy okazji widzielismy pare niszczejacych ogromnych budynkow, pewnie siedzib ministerstw sprzed przenosin stolicy.

Wracajac do Shwedagon, cala oblepiona zlotem, diamentami i innymi szlachetnymi kamieniami swiatynia na pewno robi wrazenie, ale chyba jeszcze ciekawsze jest to, co obok niej. Tlumy pielgrzymow okrazajacych pagode, mnisi podpalajacy swieczki, sprzedawcy dewocjonaliow, turysci, setki innych, mniejszych stup dosc kiczowato trzeba przyznac podswietlonych wieczorem - to naprawde sie pamieta, nawet jesli sie tu nie spodoba;)





Pod panowaniem brytyjskim Rangun byl po prostu kolonialnym miastem, jak np. Sajgon. Podobno przed II wojna swiatowa Hindusi stanowili ponad polowe mieszkancow i widac to zarowno na ulicy, jak i po obiektach sakralnych. Jest troche meczetow, sa koscioly katolickie, widzielismy nawet swiadkow Jehowy, bylismy tez w super utrzymanej synagodze, a trzeba dodac, ze liczba Zydow w kraju utrzymuje sie na umiarkowanym poziomie ok. 20 osob.



Rangun ewidentnie kojarzy nam sie z Sajgonem - nie takim, jak widzielismy, ale takim ze "Spokojnego Amerykanina" Greene'a. Skromna zapewne spolecznosc bialych zyje w zamknietym srodowisku i spotyka sie wieczorem w barach stylowych, ale majacych juz pierwsza mlodosc za soba hoteli - co widzielismy wczoraj w barze Savoya. Czas zatrzymal sie tu na dlugo i dopiero teraz podjeto probe nadgonienia go, miejmy nadzieje, ze nie do konca udana;) tandetne centra handlowe juz gdzieniegdzie powstaja i beda wypierac tradycyjny handel bazarkowy. Jest to tendencja nieodwracalna, podobnie coraz wiecej ludzi nosic bedzie spodnie zamiast tradycyjnego longyi, a mlodzi zrezygnuja z brudzacego zeby na czerwono betelu, zeby tylko wygladac bardziej europejsko. Podobno to jest wlasnie ta cala globalizacja...



Mrauk U 15.2.2012 10:41 GMT+1
A wiec pietnascie minut w tuktuku, cztery i pol godziny na statku (biali placa 10 dolarow, ale maja swoje krzeslo, lokalsi 5000 kyatow - jakies 6 dolarow - ale siedza na podlodze...) i znowu tuktuk, i jestesmy w Mrauk U. Jak Ania juz pisala, transkrypcja tutejszych literek na europejska czcionke jest niejednoznaczna i mozna tez sie spotkac z pisownia Miauk U, Mrauk Oo itp.

W kazdym razie Mrauk U jest byla stolica Rakhaingu, kraju podbitego przez Bamarow, stanowiacych obecnie ponad 60% mieszkancow Birmy. Rakhaingow jest jakies 1,5 mln osob, czyli dwadziescia razy mniej niz Bamarow, stanowia wiec obecnie tylko jedna z wielu mniejszosci, z tego co zauwazylismy, nie wyrazajaca sie najlepiej o wiekszosci. Nic dziwnego zreszta - Mrauk U bylo rozkradane przez birmanskich krolow, nieraz cale fragmenty swiatyn czy palacow byly przewozone kilkaset kilometrow, jak np. dach palacu w Mandalay, o ktorym pisalismy bodaj w pierwszej notce. Zlosliwy Rakhaing chelpi sie teraz, ze Bamarowie wywozili dach palacu, czy tez wielkie dzwony, bo sami nie umieli takich wykonac...





Dzis ciezko nam sobie wyobrazic, ze jeszcze 250 lat temu Mrauk U bylo potezna stolica, osrodkiem handlu morskiego i baza floty wojennej (choc znajduje sie nad rzeka, kilkadziesiat kilometrow wglab ladu). Teraz to 50-tysieczna miescina, domy z cegly mozna policzyc na palcach obu dloni. Glownym srodkiem transportu sa riksze i tuktuki. Stare swiatynie nie sa tak spektakularne jak w Baganie - jest ich mniej, sa mniejsze i nowsze (wiekszosci z XV i XVI wieku), ale sa za to fajnie polozone w lekko gorzystej okolicy (Bagan jest plaski jak ziemia, tfu, nalesnik), no i niczym nie odgrodzone od wsi. Pola pomiedzy stupami sa zamieszkale i uprawiane lub wykorzystywane do hodowli zwierzat. Po prostu zycie toczy sie pomiedzy tymi - bylo nie bylo - zabytkami.





Kolejne kilkadziesiat kilometrow w gore rzeki, tym razem mala lodka, i zblizamy sie do stanu Chin (czyt. szin). Nie wjezdzajac do samego stanu (potrzeba specjalnego zezwolenia wladz, ciekawe jakie tym razem strategiczne instalacje tam umieszczono; z pewnoscia nie wirowki uranu, bo podobno caly stan pobiera 3 MW energii!!!) mozna odwiedzic wioski zamieszczane przez inna, jeszcze mniej liczna mniejszosc - wlasnie Chin. O ile warto spedzac lacznie kilka godzin w podrozy to tylko po to, zeby zobaczyc starsze panie Chin, ktore cale twarze maja zatatuowane w charakterystyczna pajeczynke. Czy mialo to sluzyc tylko dekoracji delikwentki, czy tez raczej oszpeceniu (zeby zapobiec porwaniom przez inne plemiona), tego juz naprawde chyba nikt nie wie na pewno. A czy to sie podoba, to kwestia gustu oczywiscie. Dosc malownicze na pewno, no i jedna z ostatnich okazji brutalnie mowiac: panie maja juz po ponad 60 lat (a wygladaja na 80), a procederu tatuowania zaprzestano w latach szescdziesiatych... dzisiejsze panny maja gladkie twarze i do longyi zakladaja bawelniane koszulki.

Turysta mozna miec tez pewne obiekcje co do uczestnictwa w wycieczka polegajacych na ogladaniu i robieniu zdjec innych ludzi (taki rodzaj safari). Wszelkie rozterki usuwa sie za pomoca sugestii dokonania datku na cele edukacyjne wsi - tu chetnie przyprowadza sie lokalnego nauczyciela, pokazuje sterte cegiel, chwali iloscia uczniow we wsi. Oczywiscie birmanskim zwyczajem kazdy datek, z kwota i danymi darczyncy, zostaje zapisany w bloczku typu "kasa przyjmie" nalezacym tutejszego soltysa. No coz, opuszczalismy te wioski z mieszanymi uczuciami...



Podroz rzeka po tej malo turystycznej czesci Birmy daje pojecie o tutejszej gospodarce. Rybolostwo jest prymitywne, rolnictwo - od przypadku do przypadku (warunki nad rzeka sa znakomite, wiec nawet nie trzeba sie bardzo starac, i tak cos wyrosnie), widac splaw drewna w dol rzeki. Gnieniegdzie pasie sie stado chudych krow. Woda z rzeki sluzy zarowno do picia, jak i do mycia. Widac, ze jestesmy blisko Indii.

Po trzech nocach w Mrauk U (z tego dwie nieprzespane: mamy najwyrazniej pecha do glosnych i hucznych pogrzebow waznych mnichow; istny festyn tu zorganizowali z tej okazji, podobnie zreszta, jak kilka dni temu w Ngapali) szybka akcja tuktuk - statek - tuktuk - samolot - taksowka i juz jestesmy w Rangunie. Tu nie ma takiej charakterystycznej dla wlasciwie calego kraju porannej mgielki, jaka zegnala nas Mrauk U:



<< Poprzednie 1 2 3 Następne >>

Content Management Powered by CuteNews

© hominski.net 2005-2011
wejść od 29.01.05