|
Victoria i Vancouver 10.7.2006 9:43 GMT+1
|
Te dwa miasta to centralne miejsce Kolumbii Brytyjskiej - choc nie w sensie geograficznym. Zupelnie rozne.
Victoria - 300-tysieczna (ale chyba liczac lacznie z bardzo rozleglymi przedmiesciami) stolica (!) stanu, generalnie miasto przyjemne, slynace z ladnej pogody i nudne jak flaki z olejem. Pelno turystow robiacych zakupy w setkach sklepow z pamiatkowym chlamem i emerytow kupujacych tu domy, by odpoczac sobie po latach ciezkiej pracy... Mozna tu pobyc przez pare dni, ale mieszkac cale zycie? Chyba nie. Nie zmieniaja tego proby "rozruszania" miasta - w samym czerwcu i lipcu odbywaja sie tu trzy duze festiwale: jazzowy, folkowy i ska. Sympatycznie, ale nudno:

Z Victorii do Vancouver mozna dostac sie - to nie nowosc tutaj - promem. Dokladniej wsiada sie w sie w autobus w centrum Victorii, autobus wywozi gdzies na przedmiescia miasta do terminala promowego, wjezdza na prom, po poltorej godzinie z jego zjezdza i po kolejnej godzinei dojezdza do centrum Vancouver. Bardzo wygodne i nie wymaga zbyt wiele myslenia:) Gwoli scislosci - rozwazalem tez przemieszczenie sie samolotem startujacym bezposrednio z wody, ale jakos cykor przewazyl...
Samo Vancouver jest zupelnie innym miastem. Tez rozleglym, ale ma jasno wytyczone centrum zabudowane szklanymi wiezami - w wiekszej czesci zreszta budynkami mieszkalnymi, niz biurami. A bedzie jeszcze gorzej, bo to przeciez gospodarz zimowej olimpiady za 4 lata. Co bardziej wrazliwi mieszkancy miasta juz zapowiadaja, ze na ten czas sie wyprowadza... Vancouver ma bardzo kosmopolityczny charakter, co widac zarowno po twarzach przechodniow (duza imigracja azjatycka, zwlaszcza Chinczycy i Hindusi z Pundzabu), a takze flagach powiewajacych z balkonow i samochodow: fakt, to pewnie przez mistrzostwa swiata, ale flag portugalskich i wloskich nie brakowalo. Oczywiscie nie ma tez kuchni swiata, ktorej nie mozna by sprobowac. Na wlasne oczy widzialem tez w sklepie Okocimia za jedyny 2.80 dolara, czyli trzykrotnosc polskiej ceny. Ogolnie miasto robi fajne wrazenie, jest tu co robic, jest gdzie odpoczac, no i ta sceneria - prawie cale otoczone Gorami Skalistymi i morzem. Szkoda tylko, ze spedzilem tu ledwie 20 godzin...
Na Vancouver konczy sie moja kanadyjska przygoda. Ogolnie kraj jest super i ogromny - najezdzilem sie bardzo duzo i w sumie duzo zobaczylem jak na 9 dni tylko. Juz niedlugo wszystko tu bardziej uporzadkuje, powrzucam reszte zdjec, zeby wszystko wygladalo ladnie i zachecajaco. A teraz - good night, and good luck:) |
|
|
|
Juan de Fuca Marine Trail 7.7.2006 3:50 GMT+1
|
Dzien dobry wszystkim. Back to Victoria, znaczy sie z powrotem jestem w Victorii. Moj angielski sie tu chyba bardziej przez ostatni tydzien poprawil, niz przez ostatnie dwa lata. Nawet zaczalem myslec po angielsku:)
Tak, jak planowalem, wyjechalem z Victorii we wtorek rano i dostalem sie do Port Renfrew (na mapie dokladnie za zachod od Victorii) w prawie trzy godziny trzesacym sie autobusem za 40 dolarow (skandaliczna cena w kontekscie powrotu, o czym nizej). Dopiero na miejscu musialem zrobic zakupy na cale trzy dni, bo w Victorii zdazylem kupic jedynie nieco przydatnych drobiazgow: a to preparat do oczyszczania wody, a to linka do wieszania jedzenia na drzewach (trzymanie zarcia w namiotach to grzech smiertelny; niedzwiadki lubia wpasc na spozniona kolacje:), a to gaz do gotowania, czy sztormowe zapalki. Notabene sklepy "outdoorowe", jakie tu odwiedzilem to klasa swiatowa. Nie ma rzeczy potrzebnej na szlaku, ktorej nie mozna by tu dostac. Tak wiec zaopatrzony w caly ten ekwipunek i pozyczony namiot ruszylem w 47-kilometrowy szlak, ktory konczy sie blisko Jordan River (wszystko mozna zobaczyc na mapie).
Juz pierwszego dnia okazalo sie, ze "Marine Trail" nie oznacza bynajmniej, ze idzie sie rownym po plazy. Gdzieniegdzie owszem, idzie sie po plazy, ale jest to plaza zdecydowanie kamienista. Przewazaja raczej zarosniete sciezki, drzewa przerzucone nad strumykami, sliskie konary drzew i krzaki, przez ktore trzeba sie przeciskac. Zabraklo mi kilku kilometrow do miejsca, gdzie chcialem spac i musialem rozbic sie nieco blizej startu - przeczuwalem juz, ze i tak nie zdaze przejsc calosci w trzy dni - ale i tak zakonczylem dzien przejsciem (lacznie z dojsciem na szlak) 22 km. Nastepnego dnia doszly do powyzszego opisu... gory. No moze nie jakies strasznie wysokie, powiedzmy, ze wyzej niz na 200 metrow sie nie wchodzi, ale podejscia sa dosc strome - ot, jak chociazby co ostrzejsze w Beskidzie Niskim. Jakos niezbyt mi sie szlo i skonczylem po 12 kilometrach, rozbilem namiot nad oceanem i poczulem, ze mnie troche rozklada. Pewnie organizmowi nie spodobaly sie moje kapiele w strumykach:) Zastanawialem sie tylko co poczac nastepnego dnia - do najblizszego wyjscia ze szlaku na droge mialem jakies 7 km, na szczescie przygodnie spotkani ludzie (w ogole na calym szlaku widzialem ich moze z 15 w trzy dni) pokazali mi dosc fajny skrot znad morza do drogi (ktora biegnie rownolegle do wybrzeza, od kilometra do pieciu kilometrow od niego). Dzis rano masa coldrexu zazytego poprzedniego dnia zaczela dzialac i bylo juz troche lepiej. Poltora kilometra dzielace mnie od drogi pokonalem chaszczami w bagatelka godzine i pietnascie minut. Potem poszedlem droga, po pol godziny udalo mi sie zlapac stopa do Sooke (mily kierowca, Indianin, opowiadal mi urocze historie o swojej 16-letniej wnuczce, ktora wlasnie zaszla w ciaze i 13-letnim prawnuku, ktory wraca do domu i bije dziadkow), skad dostalem sie do Victorii za darmo (normalnie bilet kosztuje 2.70, ale nie mialem drobnych, a oni tam nie wydaja, wiec kierowca machnal reka i powiedzial, ze zaplace nastepnym razem:))
Ogolnie caly szlak dosc fajny, cos jakby polaczyc Wolinski Park Narodowy (klify) z Biebrzanskim (bagna, zarosla, paprocie), Swietokrzyskim (wiatrolomy, goloborza) i odrobina gor. Na calej jego trasie co kilometr wystawione sa paliki odmierzajace odleglosc - niby fajnie, bo wiadomo, gdzie czlowiek jest. Alek jak przejscie od palika "37" do "36" zajmuje 30 minut, to juz przestaje byc takie fajne ("gdzie kurna jest to 36...?) Na szlaku trzeba tez uwazac, zeby nie znalezc sie w zlym momencie akurat na takim odcinku plazy, ktory jest w calosci zalewany przez przyplyw... No i jeszcze nie spotkac sie oko w oko z niedzwiedziem, ani kuguarem - sam gdy tylko uslyszalem cos podejrzanego, rozgladalem sie z niepokojem, ale i zaciekawieniem. Mysle sobie tez, ze moze i dobrze, ze pogoda byla kiepska (jak na zlosc, przed wyjazdem w Victorii byla dobra i dzis tez jest juz dobra), bo wymeczylbym sie jeszcze dobrze. A tak, te 35-40 km, ktore przeszedlem pozostawiaja we mnie poczucie, ze jeszcze sie do czego nadaje:))

Dzis jestem w Victorii - do jutra postaram sie napisac do wiecej i nadrobic zaleglosc w innych dzialach rowniez (Nomeansno i zdjecia!). Czesc nawet juz nadrobilem:) |
|
|
|
Szlakiem grouppie 4.7.2006 3:44 GMT+1
|
Tak, to prawda, dlugo sie nie odzywalem, mozecie na to narzekac w komentarzach. Ale naprawde nie mialem skad. Ale o wszystkim po kolei. Jak juz pisalem, glownym powodem przyjazdu tutaj byla chec zobaczenia na zywo mojego ulubionego zespolu i nabycie swiezo wydanej plyty:) Pierwszyw koncert byl w Vancouver, nie zabawilem tu dlugo i prawie ze miasta nie zobaczylem (bede mial jeszcze okazje w sobote). Nastepnego dnia wyruszylismy w trase z poznanym przygodnie przez internet kolega:) Mapa umieszczona zawczasu w menu po lewej stronie zapewne pomoze troche sledzic nasza droge. Pierwszego dnia przeprawilismy sie promem na Vancouver Island i dojechalismy az do miejscowosci Tofino na wybrzezu Pacyfiku. Bardzo przyjemna jazda, zupelnie nie zamieszkana okolica. Prom tez niczego sobie, caly czas mozna siedziec na zewnatrz i podziwiac sliczne krajobrazy:

Samo Tofino to miejscowosc na koncu drogi, w okolicy znajduje sie West Coast National Park obejmujacy lasy deszczowe (nieco to dziwne, jak na 50 rownoleznik, czyli de facto taki jak w Polsce...). Oprocz tego Tofino slynie z mozliwosci ogladania wielorybow i delfinow, ktore dosc tlumnie tu przebywaja. I z wysokich cen nieruchomosci... W sobote z Tofino wrocilismy na staly lad, tym razem do Lund - dla odmiany innym promem (trzeba przyznac, ze ten system z promami maja tutaj nadzwyczaj wygodny). Lund tez jest polozone na koncu drogi - tym razem chodzi o panamerykanska autostrade wiodaca tu az z Chile. Lund (nazwa podobno wziela sie od pierwszych osadnikow przybylych tu ze... Skandynawii) to osada... hippisow. Wystarczy sobie wyobrazic, ze nasi rodzice pozostali w swoich strojach z 60-tych lat i nie golili sie od tego czasu - tak to mniej wiecej wyglada - plus oczywiscie ich dzieci i dzieci ich dzieci. Koncert niedzielny odbyl sie na Denman Island - z powrotem trzeba bylo przeprawic sie na Vancouver Island i potem krociutkim promem na wspomniana wyspe Denman. Zamieszkala, jak wynika z tego, co sprzedaja tu w sklepach, glownie przez artystow i tego rodzaju boheme. Ale spokojna i bardzo przyjemna. Dla zainteresowanych dokladniejsze opisy koncertow zamieszcze w stosownym dziale po lewej stronie:) Dzis jest poniedzialek i wlasnie dotarlismy do Victorii, ktora jest stolica stanu British Columbia. Na pierwszy rzut oka to bardzo przyjemne miasto, podobno jednak zamieszkale przez samych emerytow, przez co normalni kierowcy czesto przeklinaja:)) Niemniej jest tu bardzo ladnie, miasto lezy na dlugim polwyspie, wiec de facto z kazdego miejsca jest dostep do oceanu, a w dalszej perspektywie widac gory w amerykanskim stanie Washington. To tyle na razie, prawdopodobnie ruszam jutro w szlak wzdluz wybrzeza. Prawdopodobnie, bo jeszcze nie mam na 100% potwierdzonego transportu... Jesli tak, to znowu nie bede odzywal sie przez trzy dni - mam do przejscia jakies 47 km szlakiem Juan de Fuca Marine Trail. Jeszcze dzis, a jak nie to po powrocie ze szlaku, postaram sie wrzucic jakies zdjecia, wiem ze to wstyd, ze dopiero teraz, ale we wszystkich tych hippisowskich dziurach nie natknalem sie na zaden internet...
 |
|
|
|
Pierwszy meldunek 30.6.2006 4:20 GMT+1
|
Kiepsko mi sie pisze, bo klawiatura jest dzielona na dwie czesci, bez sensu. W kazdym razie wyladowalem szczesliwie w Vancouver. Podroz mogla byc, powiedz,y sobie, bardziej komfortowa, gdyby na siedzeniu obok nie siedziala baba-monster wylewajaca sie z tegoz siedzenia, ale to tylko szczegoly... Pogoda jest poko ci fajna, ledwie dwadziescia pare stopni, to taka ulga w porownaniu z ostatnimi warszawskimi upalami. Dzis pierwszy koncert, wlasciwie juz za godzine naszego czasu, ktory to czas jest o dziewiec godzin pozniejszy od polskiego. Vancouver wyglada fajnie, spokojnie, ale najwieksze wrazenie zrobily jak dotad Gory Skaliste, nad ktorymi przelatuje sie schodzac do ladowania na tutejszym lotnisku. Szczyty siegajace 3 tysiecy metrow, osniezone oczywiscie, lancuchy gorskie poprzecinane glebokimi dolinami i fiordami (tak, tu tez maja cos w tym stylu...). Powaznie zaczalem sie zastanawiac, czy zamiast trekingu w nadmorskim parku stanowym nie wybrac sie jednak w gory. No ale jeszcze mam pare dni, zeby sie zastanowic. Na razie zmykam na koncert i zycze milego weekendu! |
|
|
|
Po co właściwie do Kanady? 16.6.2006 21:00 GMT+1
|
Nasi wspaniali pilkarze powoli pakują juz walizki przed powrotem do Polski z niemieckiego mundialu. Mnie tez jakoś zrobiło się dość piłki i moze właśnie stąd ten pomysł, żeby odwiedzić ojczyzne... hokeja:) Co prawda na ostatnie mecze finału Pucharu Stanleya (Edmonton Oilers przeciwko Carolina Hurricanes) nie zdażę, ale zawsze to coś!
Ale żarty na bok, bo pomysł tego wyjazdu zrodził się już ze dwa miesiące temu, gdy dowiedziałem się, że mój ulubiony zespół - Nomeansno (więcej informacji w menu po lewej stronie!) - nagrał nową płytę, planuje ją wydać pod koniec czerwca i z tej okazji odbyć również małą trasę koncertową w rejonie Vancouver, a więc w swoich rodzinnych okolicach. W międzyczasie okazało się, że trasa, owszem, odbedzie się, ale wydanie nowej płyty opóźni się z przyczyn technicznych aż do września. Z tego powodu zamierzam osobiście nakopać do tyłka muzykom, sami zresztą byli nieco zaskoczeni dowiadując się, że ktoś przyjeżdza specjalnie z tak daleka, więc mogą się tego spodziewać...
W planach mam cztery koncerty: w Vancouver 29 VI, Tofino 30 VI, Lund 1 VII i Denman Island 2 VII. Wszystkie te miejsca odległe są od siebie o 200-300 km, ale dzięki internetowi dziś wszystko jest łatwe: przygodnie zapoznany młody człowiek o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalyk będzie moim przewodnikiem i kierowcą:)
Kolejnych kilka dni spędzę na trekkingu w którymś z licznych parków narodowych lub stanowych - prawdopodobnie będzi to Juan de Fuca State Park i ponad 45-kilometrowy szlak prowadzący po dziewiczych, nadmorskich lasach w okolicach Victorii, stolicy stanu British Columbia. Można tam spotkać niedźwiedzie i kuguary, mam nadzieję, że mi się nie uda:)
Jeśli starczy czasu, chciałbym choć na jeden dzień wyskoczyć gdzieś w głąb kontynentu, w góry otaczające Whistler, gdzie rozegranych zostanie część konkurencji zimowych igrzysk olimpijskich Vancouver 2010.
Kanada jest duża, a ja mam tylko 10 dni... Zamierzenia są dość ambitne, a rzeczywistość pokaże co się z tego uda zrobić. Oby jak najwięcej. Początek 29 czerwca. |
|
|
<< Poprzednie 1 2 Następne >> |