|
|
|
Irlandia i Irlandia Płn. 21-27 maja 2008 28.2.2009 23:46 GMT+1
|
Drugą wycieczkę do Irlandii odbyliśmy w gronie pięcioosobowym. Oto lakoniczna relacja Maćka:
środa Bilety kupione na Ryanaira kilka miesięcy wcześniej, walizki i plecaki spakowane i ruszamy do Irlandii. Loty z Warszawy i Krakowa do Dublina, bez komplikacji. Po przylocie biegiem w deszczu do terminalu pomiędzy manewrującymi pojazdami lotniskowymi. Długi spacer, kontrola paszportowa i z bagażami na parking po zamówiony wcześniej samochód. Dziwne, że to pasażer prowadzi. Ale znaki nakazujące jechać po lewej upewniają nas, że tak ma być. Nocne poszukiwanie zarezerwowanego noclegu w Malahide, najpierw bez mapy, potem jednak się poddaliśmy klucząc gdzieś po pustym centrum handlowym. Mapa okazała się niezbędna. Mieliśmy dwie, za kilka dni się okaże, że niezgodne ze sobą. Kilka kilometrów jazdy i oto irlandzki domek ze starą gospodynią. O dziwo, w miarę ją rozumiemy. Po krótkim rozpakowaniu nocne wyjście do miasteczka - jest 1 w nocy i właśnie wysypują się ostatni goście z pubów. Młodzi, grubi, brzydcy, w dresach, pijani i pohukujący na siebie. Ale na nas uwagi nie zwracają. Zakupy na stacji benzynowej i powrót do domu. Wkrótce idziemy spać.
czwartek Irlandzkie śniadanie - czyli kiełbaski, kiszka, bekon, jajko sadzone, ciepły pomidor, fasolka po bretońsku, tosty i dżem do tego herbata z mlekiem. Następnie jazda do centrum - zwiedzanie przystani, potem jazda w deszczu wzdłuż wybrzeża do Belfastu. Po drodze zwiedzanie starego młyna i przejażdżka przez małe miasteczka. Za kierownicą jednego z aut "pani dzika". Na drogach mnóstwo małych rond, które trzeba objeżdżać zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a drogowskazy mają tę cechę, że trzeba wykręcać głowę, aby upewnić się, że należy nadal jechać prosto. Popołudnie w celtyckim parku narodowym - trzydzieści lat temu nie było tam nic, a teraz zbudowano ponad pięciotysiącletnie kurhany. W dużej części z betonu. Ale turyści to kupują. W Belfaście czerwony asfalt, poszukiwania noclegu - wcześniej ugadany telefonicznie pan okazuje się starym satyrem o specyficznym poczuciu braku humoru. Cofamy się od progu. Przeglądamy kilka potencjalnych miejsc i lądujemy w typowym brytyjskim/irlandzkim szeregowcu, w którym są trzy poziomy, ale jest wąsko. Na samej górze trudno się w pokoju wyprostować. Po złożeniu bagaży idziemy na miasto. Wizyta w bardzo kolorowym, zdobnym i głośnym pubie, potem w lekkim deszczu zwiedzanie centrum, niestety knajpy się zamykają. Coraz więcej pijanych. Wizyta w drugim pubie, a potem piechotą do domku. Po drodze fiszendczips. Frytki grube, tłuste i mało finezyjne. Szybko spać.
piątek rano grupa zakupowa przynosi z Tesco kilogramy jedzenia, potem robienie śniadania, jedzenie i dojadanie. Następnie oddanie klucza i zwiedzanie sklepów i targu w centrum. Krótki popas w galerii handlowej. Następnie jazda na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża. Pola ogrodzone i sporo owiec. Postoje nad brzegiem morza, potem niedaleko wiszącego mostu, który po południu zamykają, dalej zwiedzanie grobli gigantów, a potem znowu poszukiwanie noclegu. Udaje nam się rewelacyjnie - w kompleksie odnowionych eleganckich domków. Niedaleko wiejska restauracja - baranina wchodzi aż miło. Do tego koncert na żywo. Niezmordowany gitarzysta śpiewa ponad 2 godziny piosenki o życiu. Bijemy brawo po każdej. W zasadzie tylko my. Powrót częściowo piechotą do domku i picie Guinessa.


sobota w sąsiednim miasteczku okupujemy kawiarnię, kupujemy bilety do destylerni whiskey, a korzystając z czasu zwiedzamy okoliczną plażę. Wizyta w destylerni upewnia, że produkcja alkoholu to prosta sprawa. Potem pamiątkowy drink w cenie zwiedzania i wizyta w sklepie z pamiątkami, gdzie łagodnie wydaje się pieniądze na gadżety. Dalej jazda do Derry, zwiedzanie sklepów i murów obronnych. Po jednej stronie miasta dzielnica lojalistyczna, po drugiej republikańska. Przed domami powiewają odpowiednie flagi, a na bocznych ścianach ideologiczne murale. Obiad. Jazda na półwysep Fannad i wieczorne poszukiwanie noclegu. Było trochę ciężko, ale się udało. Znowu stara gospodyni w małej wsi. Odkrywamy grę w Bubble Breakera - dostępna na komórki z systemem Windows Mobile. Czas też poczytać trochę gazety.

niedziela jazda wzdłuż północnego wybrzeża - drogi wąskie i kręte, rzuca też w pionie, bo nie zniwelowano gruntu przed położeniem asfaltu. Jakieś objazdy, przejazd przez góry. Postój na przełęczy i odśpiewanie szanty nad biedną pogrążoną w spokoju wioską. Zahaczyliśmy o plażę koło cmentarza - był odpływ i tysiące ośmiorniczek wkręconych w wilgotny piasek na odsłoniętym dnie. Obiad w lobster-barze. Wewnętrzne ściany obwieszone fotografiami druzyn futbolowych, proporczykami i koszulkami klubowymi. W TV transmisja z wyścigu Formuły 1 w Monako. Jazda przez wysokie serpentyny. Zwiedzanie wysokich klifów. Stromo i gdzieniegdzie bez zabezpieczeń. Ale owcom to nie przeszkadza. Nocleg w przyjemnej chatce. Potem wizyta w pubie. Najpierw na stojąco, bo pełny. Są całe rodziny. Chyba jakieś przyjęcie pierwszokomunijne. Na ulicy plakat z małpkami wzywającymi do niegłosowania za ratyfikacją traktatu z Lizbony.


poniedziałek dość długa jazda do Dublina, po drodze irlandzki interior. W Dublinie korki drogowe, znaleźliśmy nocleg w powiktoriańskiej willi, a niedaleko odstawiliśmy auto. Jazda autobusem do centrum. Trzeba wrzucać monety do skarbonki i drukuje się bilet. Jazda na piętrze. Przykładnego zachowania pasażerów strzeże kamera i uwagi kierowcy. Wysiadka w centrum. Na obiad wykwintne hamburgery, potem kawiarnia z polską obsługą (chociaż szefem był "pan dziki"). Odwiedziny w paru sklepach i w Trinity College. Zakotwiczyliśmy w pubie z nietanim piwem. Telefony do Polski - Dzień Matki. Znowu mocny deszcz - powrót taxi i szybko spać.

wtorek śniadanie i pakowanie, jazda taxi w deszczu do Muzeum Guinessa. Kilka pięter o piwie i firmie, następnie polowanie w sklepie z pamiątkami. Jazda tramwajem do centrum i szybki obiad w barze. Autobusem w lekkim niedoczasie po bagaże i w korkach na lotnisko. Tu dopiero kolejki, ale udało się wszystko sprawnie i mimo zgubionej jednej karty pokładowej wszystko poszło gładko. A po przylocie, niektórzy od razu do pracy, niektorzy we środę, a pozostali przezornie urlopowali się na jutro. |
|
|
|
Eire: 26-30 września 2007 1.12.2007 15:12 GMT+1
|
Zaczne od tego, ze pojechalem glownie po to, zeby zobaczyc Nomeansno po raz 18, 19 i 20. Ale znacznie ciekawsze dla was moga byc opisy bardziej turystyczno-krajoznawcze... Irlandia bardzo ladna mi sie wydala, miejscami (tam, gdzie trawe strzyga owce i krowy) bardzo zielona, miejscami kolory sa wypalone, jak w Polsce jesienia - to wrzosowiska. Super widoki, wzgorza, morze, klify...
Pogoda byla niespodzianka na plus, bo tylko jednego dnia zlalo mnie porzadnie. W pozostale tylko troche. Ale byly tez przejasnienia, nawet calkiem sporo.
Ruch lewostronny zaskoczyl mnie o tyle, ze dostalem w wypozyczalni auto z manualna skrzynia biegow. Jezdzilem juz po lewej stronie jezdni, ale tylko autem z automatyczna skrzynia - tutaj obok koniecznosci objezdzania ronda z glupiej strony musialem jeszcze opanowac sztuke przerzucania biegow lewa reka. A jak wiadomo lewa reka sie nie liczy;))
Tereny poza miastami sa jak widac na zdjeciach. Miasta nie sa ogolnie zachwycajace. Owszem, male uliczki, stare koscioly, czasem zamki, ale wszystko takie troche dziadoskie i male. Jedynie Dublin sprawia wrazenie duzego miasta (i tylko on nim jest; trzecie co do wielkosci miasto w Irlandii ma ledwie 60 tys mieszkancow...). Natomiast wszystkie miasta (a bylem w Cork, Galway i Dublinie) sa do siebie podobne w tym, ze strasznie sie tam pije. Wracajac w Cork z koncertu do pensjonatu okolo polnocy widzialem z 5 klubow, przed ktorymi staly karnie kolejki nawalonych 18-, 20-latkow, zataczajacych sie, obsikujacych, a raz nawet rzygajacych... Do tego ledwo co pelnoletnie panny w szpilach, mini i koszulkach na ramiaczkach przy temperaturze 8 stopni - grunt to fantazja. W Galway i Dublinie bylo juz troszke bardziej kulturalnie, wiec moze tylko tak mi sie trafilo na poczatek. Jesli chodzi o knajpy to zdecydowanie na plus mozna zapisac (a dla Macka bedzie jeszcze pozniej o innym plusie), ze sie w nich nie pali. W ogole i to od dwoch lat juz. Ciuchy nie smierdza. Czasem tylko trudno wejsc do lokalu, bo przy wejsciu klebia sie palacze i kopca. Ale lepsze to, niz dymienie w srodku. Puby i kluby, gdzie bylem na koncertach sa fajne, czynne do pozna (de facto ludzie schodza sie dopiero mocno po 23 i potrafia sie zasiedziec do rana, raz sam sie zasiedzialem z dwie godziny po koncercie i wychodzac o 1 w nocy napotkalem na kolejke chetnych do wejscia do srodka...). W jednym miejscu sprzedaja srednio 10 roznych piw z beczki - zarowno lokalnych, jak i importowanych. Wybor bardzo duzy, choc polskiego piwa nigdy nie widzialem... Beczkowego, bo butelkowe oczywiscie jest.
Za to jezyk polski slyszalem az za czesto. Poczynajac od samolotu Ryanaira (dawniej byly autobusy pracownicze, teraz sa samoloty pracownicze;)) skonczywszy na wrzaskach dobiegajacych z kuchni w jakims barze... Oddajac samochod uslyszalem od pana obslugujacego "poprosze karte kredytowa"... A na ulicy trzy gowniary wrzeszczaly "ty k...a zrozumialas co on w ogole mowil?". Kazdy, z kim rozmawialem, mial cos wspolnego z Polakami, a to z nimi pil, a to pracowal, a to studiowal. Szyldy "polska kielbasa", "w lokalu polski fryzjer" to normalka.
Czasami trudno zrozumiec irlandzki akcent, ale jak troche zwolnia (na ogol mowia naprawde szybko) to nie jest juz tak zle.
Jedzenie - daje rade. Co prawda srednio znaja tam warzywa i owoce, ale zawsze cos tam sie znajdzie. Ryb duzo, jagniecina, burgery, fish&chips, tosty i "full Irish breakfast", czyli cos, czego normalny Irlandczyk podobno nigdy nie je: kielbaski, bekon, jajka, fasolka w sosie pomidorowym, zgrillowane pomidory, black porridge (taka dobrze uformowana kaszanka), podobno czasem daja do tego ziemniaki...
I tu przechodzimy do tego, co dla niektorych ma zasadnicze znaczenie - jedzenie zawsze bylo WRZACE. Sniadanie, czy obiad - zawsze.
Ludzie w Irlandii sa na ogol pogodni i przyjazni (chyba, ze trafi sie na smutna polska gebe, albo na jakichś łorów wracajacych o 3 w nocy z imprezy - ja nie spotkalem, bo o tej porze juz dawno spalem, ale tak sobie to wyobrazam). Moznaby sie kiedys wybrac na dluzej - tanie linie sa teraz naprawde tanie, a kraj jest zdecydowanie ladny, co pokazuja zdjecia:
 |
|
|
|
|