|
Malajskie sniadanie 4.3.2008 3:05 GMT+1
|
Mozna oczywiscie w Malezji, podobnie jak wszedzie, wziac na sniadanie jakies nudne omlety, jajecznice i tosty, ale to raczej bez sensu, biorac pod uwage, ze alternatywe stanowia roti i nasi lemak.
Roti to przypominajace z ksztaltu omlet placki z ciasta. Ich produkcja to caly spektakl - maly kawalek ciasta rozplaszcza sie, po czym w ciagu 3 sekund kilkoma magicznymi plasnieciami zamienia sie go w przezroczysty rowniutki przezroczysty arkusz o grubosci papieru. To sklada sie na 9 czesci w kwadrat i rzuca na goraca blache. Placek robi sie puchaty i rumiany, potem sie go troche ubija, z grubsza kroi na kawalki i podaje. Roti moze byc z roznymi farszami - jajkiem, jajkiem i cebula, farszem z sardynek, albo na slodko - z bananami, miodem, truskawkami i co tam jeszcze. Najlepsze jest z jajkiem. Podaje sie z sosem curry w malej miseczce do maczania.
Nasi lemak to ryz podany z aromatycznym i ostrym sosem z mleczka kokosowego i przypraw, do tego rozne dodatki: male smazone rybki, prazone orzeszki ziemne, zielona fasolka, jajko sadzone i co tam jeszcze. Wszystko sie ze soba miesza a nastepnie pozera bez opamietania bo jest pyszne.
Do picia na przyklad herbata albo ice tea. Zamowienie zwyklej herbaty skutkuje otrzymaniem kubka goracej mocnej i aromatycznej herbaty ze slodzonym mlekiem skondensowanym w proporcjach nieomal 1:1. Ice tea to to samo tylko wlane do kubka wypelnionego lodem.
Dzisiejsze ceny z Tanah Rata (Cameron Highlands): roti 1,50 ringita, nasi lemak 2 ringity, herbata i ice tea po 1,20 ringita. Laczny koszt wielkiego sniadania dla 2 osob: 5,90 ringita czyli razem jakies niecale 4 i pol zlotego :)))) |
|
|
|
Laksa i paralaksy 3.3.2008 11:18 GMT+1
|
Wlasciwie to nalezaloby juz zaczac punkt "Malezja - Kulinaria" ale poniewaz caly nasz wyjazd miesci sie pod haslem "Wietnam" to bede juz brnac dalej bez zbednych ceregieli.
Od paru dni jestesmy juz w Malezji. Kuchnia oczywiscie zupelnie inna niz wietnamska, bo to w koncu kawal drogi jedno od drugiego. Kuchnia malajska bazuje w duzej mierze na mleku kokosowym, przyprawach podobnych troche jak w Tajlandii (trawa cytrynowa, chili, liscie kaffir itp), makaronie ryzowym, owocach morza itp. A najlepsza jest laksa*, czyli esencjonalna zupa gotowana na krewetkach, aromatyczna i ostra od przypraw, kremowa od mleczka kokosowego, podawana z duza iloscia grubego makaronu ryzowego, kielkami sojowymi, paseczkami ogorka, plasterkami pulpetow rybnych, czasami tez krewetkami i pasta chili. Jak zwykle w Azji granica miedzy posilkami sie zaciera i laksa jak znalazl nadaje sie na sniadanie (podobnie jak na obiad i kolacje oraz w przerwach miedzy posilkami).
Oprocz laksy wlasciwej czyli laksy lemak wystepuje tez duzo innych wyrobow laksopodobnych w ktorych sie nie wyrozumiem jak na razie. Dzisiaj na przyklad po zamowieniu laksy dostalismy jakas paralakse - zimne, rybne a nie krewetkowe, bez mleczka kokosowego, za to z kawalkami trawki cytrynowej, limonki, ogorka i melona. Dobre ale do wyzej opisanej laksy kanonicznej sie nie umywa.
Jak dotad najlepsza lakse jadlam w chlewni** na dworcu kolejowym w Singapurze - niezla nora, plastikowe talerze, wszystko kosztuje nie wiecej niz 2,5 dolara (czyli 4 zlote), a ruch jak na dworcu (no, bo to jest na dworcu). Do tego ice tea, ktora robi sie tak: do duzego kufla naklada sie do pelna lodu, w garnku miesza sie mocna goraca herbate ze szczodra dawka slodzonego mleka skondensowanego i wszystko to dolewa sie do kufla. Pycha.
* Nie jestem etymologiem ale jak na razie na podstawie danych empirycznych na pytanie czy slowo "laksacyjny" pochodzi od "laksa" odpowiadam przeczaco.
** Dla niezorientowanych: "chlewnia" to kazdy lokal typu stolowkowego, w ktorym dania sa juz przygotowane i czekaja w podgrzewaczach. Na pewno kazdy kto pracuje w duzym biurowcu co najmniej raz jadl w chlewni tylko nie wiedzial ze tak to sie poprawnie nazywa. |
|
|
|
Park Hyatt 3.3.2008 11:03 GMT+1
|
Poniewaz w Sajgonie wszystkie sensowne hotele byly z jakiegos powodu zapchane do imentu, zatrzymalismy sie w hotelu New World, ktory nalezal do unikalnej kategorii: "wysoka cena, niska jakosc". Pseudoluksus, wieczorami w barze wystepy beznadziejnych wyginajacych sie wokalistek w obcislych spodniumach (!!!), smierdzacy pokoj, drogo i strasznie. Pomimo tego sprobowalismy pierwszego dnia wziac sniadanie (cena pokoju oczywiscie go nie obejmowala, a jakze) i byl to znaczny blad. Dlatego nastepnego dnia na pozegnanie Wietnamu postanowilismy pojsc po wypasie i poszlismy na sniadanie do Park Hyatt czyli najlepszego hotelu w Sajgonie (a co za tym idzie pewnie w calym Wietnamie). Ponizej sprobuje strescic co obejmowalo sniadaniowe menu, ale od razu dodam, ze sporo moglam zapomniec:
1) swieze soki - mandarynka, marchewka, ananas, mango, arbuz, i tak dalej, z 12 rodzajow 2) kawa i herbata, wszystko oczywiscie podawane w eleganckich srebrnych dzbanuszkach 3) pieczywo: minibuleczki w kilku rodzajach, bajgle, bawarskie precelki, zwykly chleb, chleb ciemny z rodzynkami i orzechami wloskimi i laskowymi, chleb tostowy jasny i ciemny i co tam jeszcze 4) owoce: pomarancze, soursop, mango, ananas, nektarynki i co tam jeszcze 5) skladniki do muesli wlasnej produkcji: rozne rodzaje platkow, jogurtow, mleka, bakalii, morele w syropie i tak dalej 6) prawdziwe Bircher muesli - z platkow owsianych namoczonych w mleku (a po smaku sadzac nie poskapiono tez smietanki!) z tartym jablkiem, orzechami, miodem i swiezymi truskawkami 7) wedliny: pieczona szynka, salami, pastrami itp., wszystko w calosci, na zamowienie na swiezo krojone i podawane, do tego angielska musztarda, rozne pikle, kapary itp. 8) sery: parmezan, munster i rozne inne, tez krojone na zyczenie 9) jajka na rozne sposoby, my wzielismy egg Benedict: podawane na minitostach i duszonym szpinaku jajka w koszulkach ugotowane w sam raz tj. bialko sciete a zoltko plynne, polane odrobina sosu holenderskiego (tj. z zoltek i masla, kazdy to wie!) i zapieczone przez chwile zebu sos sie zrumienil - PYSZNE!!! do tego chrupiacy bekon i kielbaski, pieczony miniziemniak i grilowany minipomidorek wielkosci wisni 8) amerykanskie pancakes (chodzi mi nie o nalesniki tylko takie puchate grube na centymetr placki) z syropem klonowym 9) belgijskie gofry z dodatkami (bita smietana, syrop klonowy, owoce, co tam kto chce) 10) pho (no jasne! w koncu to Wietnam) przyrzadzane na zamowienie z dodatkami wedlug wlasnego gustu 11) wietnamski smazony makaron z dodatkami, tez przyrzadzany na zamowienie wg gustu goscia 12) congee czyli cos w rodzaju gestego grysiku z wieprzowina albo krewetkami (no wiem, wiem, ale co ja poradze, no takie jedza na sniadanie...) 13) ciastka: francuskie z budyniem i truskawkami, minitarty kokosowe, miniponczki (postanowilam propagowac te pisownie bo niby co to sa "paczki"?...) z kremem bawarskim tj. takim smietankowym budyniem, i jeszcze pewnie z 5 innych rodzajow
Obawiam sie ze sporo moglam zapomniec, ale powyzsza lista daje chyba pewne wyobrazenie co do rozmiarow bufetu. Do tego nalezy dodac, ze wszystko bylo przepysznie przyrzadzone, elegancko podane, w komfortowo urzadzonej restauracji. Po prostu klasa. Tak sie nam spodobalo ze ja poszlam jeszcze do spa do Hyatta (dodam ze taniej niz w Warszawie), a wieczorem poszlismy jeszcze na kolacje do hyattowej orientalnej restauracji Square One, gdzie juz zamawialismy z karty a nie bufet. Urzadzone fantastycznie - otwarta kuchnia podzielona na kilka stanowisk, perfekcyjna logistyka, az przyjemnie patrzec (z tym ze kucharz na ktorego mialam najlepszy widok akurat mial dyzur przy krajaniu chili wiec nie mogl sie wykazac kreatywnoscia).
Jedlismy:
1) miniroladki z grillowanej wolowiny w lisciach betelu, rewelacja (podobne jedlismy juz w Berlinie u Monsieur Vuonga, ktory karmi wybornie, ale trzeba przyznac ze te byly lepsze)
2) salatka z zielonego mango z suszonymi krewetkami (to tutaj dosc klasyczna potrawa, brzmi dziwnie ale smakuje dobrze)
3) curry z krewetek z ryzem na parze i duszonym bok choy (krewetki oczywiscie w calosci - w Wietnamie zazwyczaj wszystko jest podawane ze skorupami, nogami, oczami, glowami, koscmi, oscmi, chrzastkami i co tam jeszcze - przepraszam za te odrazajaca dygresje ale tak mi sie przypomnialo)
4) i najlepsze: smazone przegrzebki podawane w czyms co na pierwszy rzut oka przypominalo caly chlebek (taki w jakim w Polsce podaja grzybowa albo gulasz) ale po blizszej analizie okazalo sie byc wielkim pustym w srodku baniakiem z kleistego ryzu. Oczywiscie natychmiast przystapilam do konsumpcji pokrywki, co wywolalo momentalna reakcje uwaznej obslugi - pojawil sie kelner z talerzem i nozycami, ktory oznajmil bez mrugniecia okiem "Let me cut it for you, madame" i pokrajal pokrywke na kawalki... |
|
|
|
Cha Pa Garden 2.3.2008 6:55 GMT+1
|
Kiedy stacjonowalismy w zimnej i mglistej ale bardzo malowniczej Sa Pa, zatrzymalismy sie w skadinad godnym polecenia minihotelu Cha Pa Garden, prowadzonym zreszta przez Norwega (!). Super miejsce, bardz przyjazne i sympatyczne, zupelnie inne od zwykle halasliwych wietnamskich hoteli. W hotelu byla tez restauracja, a w niej dziwny miks wietnamskich i skandynawskich rzeczy. Jedlismy tam zarowno typowo lokalne rzeczy (np. krojona w male kawaleczki mocno wedzona wieprzowina z zielonymi niezidentyfikowanymi warzywami albo placki z kleistego ryzu podawane z miejscowym miodem - na zdjeciu ponizej), jak i klopsiki z frytkami (takie jak szwedzkie kotbullary ino ze pewnie norweskie), doprawiane koperkiem i w sosie grzybowym, albo wielkiego pstraga owijanego bekonem i podawanego z pieczonymi ziemniakami. Nic jakiegos niesamowitego, ale smaczne, duzo i w ogole (a zwlaszcza to ostatnie).
Jedlismy tam tez przepyszna salatke owocowa z mango, jablek, bananow i pomaranczy, polana syropem z dodatkiem porto i podana z bita smietana. Wreszcie jakis dobry deser!
Mam nadzieje ze znaczna nadprodukcja postow w Kulinariach uspokoi powstale na tym gruncie niepokoje spoleczne. Wiecej napisze jak beda komentarze :)))
 |
|
|
|
Desery 2.3.2008 6:47 GMT+1
|
Na wstepie nalezy sobie powiedziec jasno i wyraznie: Azja Poludniowo-Wschodnia jest beznadziejna jesli chodzi o desery. Beznadziejna! Akurat w tej mierze standard nie do przebicia wyznacza Europa a dokladniej: mus z bialej czekolady z sosem malinowym w krakowskiej restauracji Farina i goracy suflet czekoladowy w warszawskim Absyncie (niestety nikt mi za to nie placi, ja tylko tak z dobrego serca).
W Wietnamie mozna zjesc rozne tam gotowane ciastko-paszteciki w lisciach bananowca, jakies placki z kleistego ryzu, albo che czyli takie slodkie zimne zupowate ciecze z malo zachecajacymi dodatkami typu kokosowa galaretka, suszony longan, nasiona lotosu itp. W sumie wg mnie nie warto bo jak na gust europejski jest to za malo slodkie, za malo intensywne w smaku, po prostu za malo deserowe.
Natomiast zawsze warto, i prawie zawsze jest taka mozliwosc, zjesc talerz swiezych owocow. Najczesciej spotyka sie:
- mango - melony - arbuzy - dragonfruit (takie fuksjowe a w srodku miazsz bialy z czarnymi pesteczkami) - longan (jak male lychee w brazowej lupince, smaczne ale po pracochlonnym obieraniu okazuje sie, ze 80% objetosci zajmuje niejadalna pestka) - banany - ananasy (podawane czasami z sola i chili - pycha) - soursop (nie wiem jak nazywa sie po polsku ale jest b. dobry - snieznobialy miazsz o orzezwiajacym winnym smaku)
no i duzo innych, mozna by wymieniac dlugo. Zwykle sa bardzo tanie i bardzo dobre. Wlasciwie wszystkie mozna tez dostac w postaci sokow i koktaili, o czym pisalam juz osobno.
Aha, skoro tyle bylo gadania ze maja byc w koncu Kulinaria z Wietnamu, to gdzie sa komentarze ze ktos to wogle czyta?! Domagam sie odzewu, w przeciwnym razie oglosze strajk i zammiast pisac o jedzeniu bede po prostu tylko jesc. |
|
|
<< Poprzednie 1 2 Następne >> |