|
Gilac 26.4.2009 19:02 GMT+1
|
Wreszcie moge napisac o porzadnej restauracji w Iranie! Nazywa sie Gilac, miesci sie w polnocnym Teheranie (gdzie dokladnie pewnie napiszemy osobno w komentarzu do tego posta) i serwuje kuchnie polnocnairanska tj. z okolic Morza Kaspijskiego - duzo granatow, orzechow wloskich, czosnku.
Wystroj w zasadzie nie odbiega od europejskich odpowiednikow takich restauracji (to znaczy 10 stolikow, kilkanascie dan w karcie, dosyc elegancko ale nieformalnie, na scianie artystyczne fotografie a na stolach nie ma obrusow tylko papierowe podkladki pod talerze). Obsluga sympatyczna, szczegolnie energiczna i serdeczna pani (moze wlascicielka?). Oto co jedlismy:
1) mirza ghassemi - pasta z pieczonego na weglach drzewnych baklazana, pomidorow, czosnku i jajka
2) dokthar-e luce (czyli "rozpuszczona corka") - pasta z baklazana jw. z orzechami wloskimi, to danie najwyrazniej znane od Balkanow az po Iran bo kiedys robilismy je na rumunskiej wsi z kradzionych w polu baklazanow)
3) oliwki marynowane w soku z granatow i wloskich orzechow
4) cieply plaski chlebek posypywany sezamem, z zewnatrz chrupiacy a w srodku miekki
5) vavishka - ragout z cieleciny z sokiem pomaranczowym i ziolami
6) fesenjan - gotowany kurczak w duzej ilosci gestego slodko-kwasnego sosu z granatow i mielonych orzechow wloskich, podawany z ryzem
7) kebab z mieciutkiego miesa marynowanego uprzednio w soku z granatow
8) fasola duszona w sosie z koperkiem, czosnkiem i maslem, na to jajko sadzone
9) na deser kachi - rzadki budyn z wody, maki, cukru, masla, szafranu i wody rozanej, bardzo aromatyczny i o intensywnie zoltym od szafranu kolorze
10) a do deseru herbata w malych szklaneczkach, podawana z patyczkiem z krysztalkami cukru do mieszania i plasterkami suszonej limonki.
Wszystko to bylo pyszne i bardzo sympatyczne, w sam raz tak jak lubimy. Z miejsc w Polsce mozna porownac do warszawskiego Absyntu, o ile Absynt co wieczor zapelnialby sie co do kazdego stolika i byl w sam raz gwarny. Ceny niestety tez jak w Absyncie, no ale polnocny Teheran w ogole cenowo nie odbiega raczej od Warszawy - co zreszta dla Iranczykow musi byc dolegliwe, bo akurat pensje odbiegaja tu od warszawskich i to nie plus. |
|
|
|
Kebaby 25.4.2009 17:03 GMT+1
|
Juz wspominalam o kebabach ale poniewaz w Yazd i w Teheranie nasza wiedza w tej dziedzinie sie wzbogacila, napisze wiecej. Otoz w przeciwienstwie do polsko-tureckich kebabow z oblym slupem niezidentyfikowanego miesa jakze trafnie nazywanego przez niektorych "psem", tutejsze kebaby to po prostu szaszlyki pieczone na szpadkach. Jesli ma sie na tyle samozaparcia zeby zejsc z turystycznego szlaku i wejsc w uliczki wygladajace odpowiednio podejrzanie (a to zawsze zwieksza szanse na cos fajnego do jedzenia), mozna natrafic na kebab-bary, ktore wygladaja zwykle tak: od ulicy lodowka z szyba, za szyba nabite na szpadki rozne rzeczy, a w srodku ponury ale uprzejmy pan i palenisko z weglem drzewnym oraz pare stolikow. Najlepiej zeby przy tych stolikach siedzial ktos wygladajacy z iranska - a najbardziej iranski widok to para dwudziestolatkow robiacych do siebie slodkie oczy na odleglosc stolika :)
Na tych szpadkach mozna znalezc rozne rzeczy. Nie jest co prawda tak hardkorowo jak w Wietnamie gdzie je sie wszystko lacznie z dziobami, oczami itp. (odsylam do dzialu Wietnam - Kulinaria), ale tez da sie znalezc rozne czesci ciala. Poza standardowymi kawalkami jagnieciny, wolowiny i kurczaka (ale my kurczaka nigdy nie jemy bo to dobre dla turystow ze zorganizowanych wycieczek!), do wyboru mamy jeszcze watroby, serca, nerki itp. Dzisiaj jedlismy nawet kebab z czegos co wygladalo jak mozg ale bylo na mozg zbyt lykowate, oraz z czegos co wygladalo najprawdopodobniej jak grasica albo jeszcze cholera wie co. Generalnie nalezy w takich miejscach wyzbyc sie wszelkich uprzedzen co do standardu lokalu i wygladu jedzenia, potem juz jakos idzie.
Procedura jest taka, ze po wybraniu kebabow czeka sie jakies 5 minut, a nastepnie dostaje sie: arkusz chleba (o chlebie juz bylo w innym poscie) a na nim upieczone skwierczace szaszlyczki, kawalek cytryny no i oczywiscie wszechobecna cwiartke cebuli do zagryzania. Mozna tego zjesc tony, bo jest male i smaczne, a do tego tanie jak barszcz (jeden taki szaszlyk to wydatek rzedu 1-2 zlote). Jedyne co nam grozi to ze przy dluzszym pobycie w Iranie kebaby zaczna nam wychodzic bokiem. Ale wtedy mozna isc na cos innego, i wlasnie wczoraj bylismy w bardzo fajnym miejscu z kuchnia polnocnoiranska, ale o tym bedzie w nastepnym poscie i to tylko pod warunkiem, ze pojawia sie co najmniej 3 nowe komentarze! Do roboty! |
|
|
|
Chlanie w Iranie 23.4.2009 19:20 GMT+1
|
Z powodow pozakulinarnych, i jako takie pozostajacych poza zakresem przedmiotowym niniejszej rubryki (rzecz jasna, opiniotworczej), w Iranie wybor napojow nie obejmuje pewnych cieczy jakze lubianych w naszej ojczyznie, w tym w szczegolnosci substancji uzyskiwanych przez destylacje produktow fermentacji zboz, W zasadzie wydawaloby sie, ze to istotne ograniczenie powinno doprowadzic do rozkwitu kompensacyjnych dzialan w postaci przygotowywania roznych innych smacznych napojow, np. bezalkoholowych wersji roznych drinkow, zwlaszcza ze wszelkich owocow jest tu pod dostatkiem. Niestety, nic bardziej mylnego. Wybor jest po prostu zalosny. Zazwyczaj w kazdym miejscu mamy do wyboru co nastepuje:
1) herbata – zwykla, bez mleka, za to z cukrem w kawalkach odlupywanych z calej glowy cukru, przy czym czesto taki kawalek cukru trzyma sie w ustach i przez niego pije, co jest nawet fajne, 2) wszelkie napoje gazowane, przy czym obok produkowanej w Iranie (ale na licencji!) Coca-Coli i Pepsi wystepuja tez inne pseudocolowe trunki jak na przyklad Zam Zam albo wyrob o jakze dzwiecznie brzmiacej dla brytyjskiego ucha nazwie Arsocola, 3) dugh czyli cos w rodzaju kefiropodobnego napoju o niezidentyfikowanej melonowo-kminkowej nucie, dosc niejadalne ale mozna sie przyzwyczaic, 4) piwo bezalkoholowe 0,0% - jak mozna sie domyslac, przy takiej zawartosci alkoholu nie jest to wcale piwo a tylko potworny slodowy napoj gazowany, czesto aromatyzowany na jablkowo, cytrynowo itp., istny koszmar.
W zasadzie tak naprawde to by bylo na tyle. A gdzie sa swiezo wyciskane soki z pomaranczy i granatow? Gdzie kawiarnie z roznymi rodzajami kawy? Gdzie bezalkoholowe drinki z roznych owocow, mleka kokosowego, miety, cytryny itp.? Gdzie rozne mleczne napoje takie jak w kuchni indyjskiej, z kardamonem, pistacjami, woda rozana itp? Skladniki sa, ale najwyrazniej brakuje pomyslu. Zapewne w Teheranie trafimy na bardzo europejskie knajpy z jeszcze bardziej europejskimi cenami i jakims szerszym wyborem napojow, ale nie o cos takiego mi chodzi. Jestem doprawdy zniesmaczona. Na pocieszenie mozecie mi napisac cos ciekawego np. jaki jest wasz ulubiony drink. Bo moj ulubiony to gin z sokiem z cytryny i syropem rozanym. A wasz? Start!
|
|
|
|
Sniadanie 23.4.2009 18:52 GMT+1
|
Kuchnia iranska jak juz wspominalam nie powala ale daje rade. Druga czesc tej opinii nie dotyczy niestety sniadan w iranskich hotelach. Standardowo posilek ten obejmuje:
- plaski chleb lavash przypominajacy pite, ale majacy te charakterystyczna wlasciwosc, ze po godzinie od ostygniecia zamienia sie w ledwojadalna tekturopodobna skorupe, - male kosteczki masla, na szczescie normalnego a nie jakiegos dziwnego np. z wielbladow albo jezozwierzy, - male opakowania dzemu z wisni i dzemu z MARCHEWKI (!!!!), smakuje mniej wiecej tak jak mozna tego oczekiwac po dzemie z warzywa korzeniowego, - ser fetopodobny niejadalny, - okazjonalne jajko na twardo, - herbata normalna.
Moze po prostu mielismy pecha, ale we wszystkich hotelach bylo dokladnie to samo, nawet takie same minidzemy. Wiec jak dzisiaj w Shiraz dostalismy jajecznice z pomidorami podobna z wygladu do wymiotow to wpadlismy w istny szal radosci.
Swoja droga jesli chodzi o pieczywo to wszedzie dominuja te dziurkowane plaskie placki wielkosci arkusza A4 albo i wieksze. Sprzedawane sa w piekarniach, do ktorych zawsze stoja kolejki, zupelnie jak w PRL. Po upieczeniu rozkladane sa gdzie popadnie do wystygniecia, po calej piekarni, a czesto jeszcze na stoliku na ulicy, gdzie sobie stygna w spalinach. Zaczynam fantazjowac o malych drozdzowych brioszkach, chrupiacych kromkach swiezo krojonego chlebka orkiszowego, a nawet chlebie baltonowskim (ci w Warszawie tak nazywaja taki zwykly chleb, ale czemu akurat baltonowski tego nikt nie wie, moze kiedys mieli tez peweksowski ale sie nie utrzymal?).
To tyle na dzisiaj, w nastepnym odcinku bedzie o piciu. Jak sie domyslacie, bedzie to wyjatkowo krotki post... |
|
|
|
Iran - ogolne wrazenie 21.4.2009 15:45 GMT+1
|
Musze przyznac, ze spodziewalam sie nie lada rewelacji po kuchni iranskiej, co jedynie czesciowo udalo sie osiagnac. Problem polega na tym, ze w Iranie jest jak w PRL - jest troche restauracji, glownie w hotelach, ale ludzie tak naprawde to jedza w domach. W efekcie da sie zjesc to i owo, ale zeby sprobowac prawdziwie iranskiego jedzenia trzeba by sie wbic do kogos na obiad. W sumie nie jest to trudne biorac pod uwage, jak goscinni i sympatyczni sa zwykle Iranczycy, ale jako dwa dzikie i aspoleczne Polaczki jak dotad nie probowalismy.
W kazdym razie co na pewno mozna powiedziec:
Iranskie jedzenie jest aromatyczne ale w ogole nie ostre. Z przypraw czesto wystepuje szafran, poza tym czestymi dodatkami sa granaty, orzechy wloskie, jagody berberysu (takie male czerwone kwasne, podobne jak male zurawiny).
Podstawa jest ryz - bardzo ladny superdlugoziarnisty, jak basmati. Czesto gotowany jest z dodatkiem szafranu, doprawiony maslem i posypany berberysem.
Do ryzu moze byc na przyklad duszony w sosie kurczak, albo potrawka z duszonego baklazana, albo jagniecina, albo rozne takie kombinacje. Zwykle delikatnie doprawione, w sporej ilosci gestego sosu.
W ogole baklazan wystepuje w wielu potrawach, najczesciej sa to male baklazanki obrane ze skory i duszone dlugo w sosie az beda bardzo miekie. Natomiast z innych warzyw kiepsko - surowki to zwykle jakies byle co z salaty, pomidorow i ogorkow. No chyba ze wliczymy wszechobecna cwiartke cebuli podawana do zagryzania kebabow.
No wlasnie, kebaby sa wszedzie. Kebaby czyli szaszlyki pieczone na ogniu, a nie ta masa z mielonych zwierzat polnych i domowych, zwyczajowo nazywana kebabem w Polsce! Moga byc z kurczaka, z jagnieciny, z mielonego miesa, z podrobow (watroba, nerki, serce), i - uwaga! - z wielbladziny. Tych ostatnich jeszcze nie jedlismy bo jak bylismy w Garmeh to wielblad tam tak zalosnie rzezil/beczal/ryczal/dudnil ze szkoda by go bylo zjesc. Nie mowiac o tym ze wczoraj wieczorem przechodzilismy kolo jatki wielbladziej gdzie widzielismy wielka kostna konstrukcje przypominajaca szkielet statku, ktora po blizszych ogledzinach okazala sie dobrze okrojonym z miesa tulowiem wielblada... Ale do kulinariow, do kulinariow! No wiec te kebaby sa podawane zawsze z kawalem cebuli i najczesciej tez z plaskim wszedzie tu obecnym chlebkiem lavash.
Z dan obiadowych dobry jest tez fesenjun - potrawka z kurczaka w gestym sosie z utartych orzechow wloskich i granatow, podawana z ryzem. Bardzo podobne do kuchni gruzinskiej, gdzie tez masa z wloskich orzechow jest powszechnie stosowana, ale o tym napiszemy wiecej jak juz w koncu pojedziemy do Gruzji, bo cos nam sie nie sklada.
Poniewaz nie chcialabym wyprztykac sie z calego tematu kuchni iranskiej w jednym poscie, w tym miejscu zakoncze. Mlody o czym chcialbys przeczytac skoro sie tak dopominales opisu co jemy w Iranie? Otwieram gielde propozycji, to co zostanie najbardziej przekonujaco zawnioskowane, zostanie przeze mnie niechybnie opisane, o ile tylko bedzie miescilo sie w szeroko pojetej koncepcji kulinariow. Start!
|
|
|
<< Poprzednie 1 2 Następne >> |