Kalifornia

 Dziennik
 :: Kulinaria ::
 Mapa
 

 Galeria

 Zdjęcia stare i nowe
 

 Krótkie wypady

 Węgry
 Bruksela
 Mediolan
 Macedonia
 Irlandia
 Kraj Basków
 Słowenia
 

 Turcja/Iran

 Dziennik
 Kulinaria
 O Iranie
 Mapa
 

 Wietnam/Malezja

 Dziennik
 Kulinaria
 Mapa
 Nasze plany
 

 Kanada

 Dziennik z BC
 British Columbia
 Mapa
 Plany
 Nomeansno
 

 Nowa Zelandia

 Dziennik z NZ
 Kulinaria
 Mapa
 Zwierzęta
 Dobre rady Homika
 Co zobaczymy?
 NZ - almanach
 

 Azja Płd.-Wsch.

 Dziennik z Azji
 Kulinaria
 Dobre rady Homika
 Mapa
 

 Linki

 Ciekawe strony
 

 Szukaj w newsach

 






Grange 17.11.2009 18:56 GMT+1
Sacramento raczej nie jest kulinarną stolicą czegokolwiek, więc tym bardziej wyróżnia się w nim restauracja Grange i tym bardziej zasłużona jest jej niesamowita popularność. Grange mieści się w otwartym w 2008 r. hotelu Citizen, ale nie ma stylu hotelowej restauracji, raczej miejsca w sam raz na kolację po teatrze, niedzielny rodzinny obiad, odświętne śniadanie, te rzeczy. Koncepcja opiera się na wyrafinowanej kuchni opartej na najlepszych lokalnych składnikach, w stylu slow food. Urban legend głosi, że szef kuchni Michael Tuohy we własnej osobie buszuje po lokalnych targach i wybiera co najlepsze.

W Grange jest trochę elegancko, nie powiem żebym to zbytnio lubiła, ale da się znieść, zwłaszcza jeśli komuś nie przeszkadza dwumetrowy kelner świdrujący psychopatycznym spojrzeniem i pojawiający się znienacka kiedy akurat ma się usta pełne kartofli, żeby po raz ósmy upewnić się że wszystko jest naprawdę okropnie smaczne, czyż nie? Ale wyborna pasza rekompensuje te socjologiczne niedogodności.

Na kolację jedliśmy: tatara z siekanego tuńczyka z awokado, pyszne foie gras, pieczonego jesiotra i boską rozpływającą się w ustach wołowinę duszoną przez 10 godzin w czerwonym winie. Wszystko podane z pomysłowymi ale prostymi dodatkami kontrastującymi smakiem. Na deser tylko kawałek sera pleśniowego, podanego z chrupiącym płaskim chlebkiem i konfiturą z suszonych moreli.

Następnego dnia jeszcze śniadanie, i to naprawdę godne: wielki dzbanek pysznej aromatycznej herbaty earl grey, do tego dzbanuszek pełnego mleka (wywołaliśmy konsternację zamawiając pełne mleko, bo Amerykanie zamawiają chude wyobrażając sobie w ten sposób, że jedzą zdrowo). Trzy wielkie, lekkie i puchate wspaniałe placki pancakes, podane z utartym na puch masłem z cukrem i siekanymi włoskimi orzechami, syropem klonowym w dzbanuszku i usmażonym na chrupko bekonem. Delikatny omlet z serem Sonoma Jack i karmelizowaną cebulą, podany oczywiście z ziemniakami i chlebem – w końcu jesteśmy w Ameryce! A w karcie czego to jeszcze nie było: jajka Benedict polane pomarańczowym sosem holenderskim i zapieczone, z dodatkiem wędzonego łososia i bułeczek z rodzynkami. Jajka smażone jak kto życzy z bekonem albo kiełbaskami przyrządzonymi z dodatkiem kopru włoskiego. Gofry z jabłkami duszonymi z rodzynkami, do tego syrop klonowy. I z 15 innych rzeczy.

Skoro już o śniadaniach mowa, to stanowczo zabraniam komukolwiek zamawiania w USA owsianki (oatmeal). W moim kulinarnie zaawansowanym domu owsianka to pyszna kremowa potrawa z mlekiem, wymieszana z małym kawałeczkiem masła, posypana odrobiną brązowego cukru i polana łyżką syropu klonowego, który nadaje jej delikatnie orzechowy smak. W USA owsianka to bryła o konsystencji plasteliny, nieokreślonym szarobeżowym kolorze i oblepiających jamę ustną właściwościach, podana z dużą ilością absurdalnych dodatków jak siekane orzechy i suszone owoce. Istnieje wręcz ryzyko, że to w ogóle nie jest podawane jako jedzenie, tylko dla dekoracji, a ja omyłkowo próbowałam to zjeść.

Ale to już nie dotyczy Grange – Grange jest fajne!


NOPA 10.11.2009 22:22 GMT+1
Z tymi gwiazdkami Michelina to jest proszę państwa trochę taka kicha, że one wcale nie muszą oznaczać, że sobie człowiek mianowicie dobrze zje. Stałym czytelnikom opiniotwórczej rubryki kulinarnej znany jest chociażby przypadek trzygwiazdkowego Martina Beratasegui z Kraju Basków i jego puddingu z – niech go piekło pochłonie! – jeżowców. Dlatego czasami znacznie większą frajdą jest przypadkiem trafić w obcym mieście na miejsce, o którym się przedtem nic nie słyszało, ale za to wygląda zachęcająco i potem okazuje się największym hitem wakacji. No i tak właśnie było z Nopą. Szliśmy sobie mianowicie na koncert najwybitniejszego zespołu wszechświata tj. Nomeansno, a tu nagle na rogu Divisidero i Hayes wielka szyba, a za nią pełno ludzi je, pije, rozmawia i ogólnie najwyraźniej świetnie się bawi. Duże wnętrze, w środku chyba ze sto kilkadziesiąt osób, drewniane duże stoły, imponujący bar. Czytamy na drzwiach – Nopa. Więc stwierdzamy, że teraz co prawda nie ma czasu ale trzeba będzie tu wrócić.

Wracamy po 2 dniach bez rezerwacji, w środku aż się kłębi od ludzi, ale to żaden problem – tradycyjnie wysyła się nas do baru na drinka, w międzyczasie miejsce się jakoś znajdzie. Karta drinków, jak to tutaj zwykle bywa, powala, kompetentni barmani uwijają się jak w ukropie. Jako potulne Polaczki jesteśmy klientami idealnymi – zamawiamy 2 najbardziej cudaczne drinki z karty i grzecznie je sobie pijemy z minami wniebowziętych alkoholików, ale na przykład koło nas pani o urodzie Lucy Liu każe sobie przynosić już trzecie wino do spróbowania i dalej jest niezadowolona. Ja bym już takiej lutnęła ale barman chyba jest przyzwyczajony bo dalej przynosi i opowiada farmazony o charakterze i stylu kolejnego wina – tutaj uwielbiają takie certolenie się, to pewnie uchodzi za bardzo europejskie…

Nie mija pół godziny i jest już miejsce – jestem pełna podziwu dla organizacji, bo w dużej knajpie jest naprawdę dziki tłum, a menedżerka bezbłędnie wyłuskuje nas przy barze i prowadzi do stolika. Jest już naprawdę późno, po 22, ale frekwencja nadal dopisuje. W karcie proste potrawy przyrządzone z bajerami – specjalnością jest tu organiczne jedzenie przyrządzone na opalanym drewnem grillu, podane z zaskakującymi i apetycznymi dodatkami. Ponadto Nopa jak wiele obecnie miejsc w Kalifornii stawia na lokalne produkty, informowanie o swoich dostawcach, wyszukiwanie dobrej jakości i tak dalej. Na stronie internetowej restauracji można na przykład poczytać sobie, skąd biorą warzywa, skąd mięso, a skąd amerykański niskonakładowy dżin, który można znaleźć w barze. To fajnie że nie jest anonimowo i supermarketowo.

Żeby już nie trzymać w potwornym napięciu spragnionych informacji czytelników, powiem, że Homik jadł rozpływające się w ustach jagnięce giczki podane z polentą i karmelizowanymi szalotkami, a ja wspaniałego kurczaka – wiem, wiem, brzmi jak efektowny oksymoron, kurczak to nuda dla drobnomieszczaństwa, ale to było coś co miało wszystkie kurczaki pod sobą! Mięciutkie, soczyste, delikatne, z chrupiącą złocistą skórką, nafaszerowane ziołami które nadały całości delikatny aromat. Do tego była sałatka z przypieczonej dyni, zrumienionych orzechów laskowych i ostrego winegretu. Pycha. Aha, menu zmienia się tam często więc za każdym razem traficie na coś innego ale wszystko zostanie w klimacie. I oczywiście na pewno będzie jakiś burger deluxe!

A na deser Homik zjadł krem brulee z dodatkiem aromatycznego miodu - boski smak i bogata kremowa konsystencja, to był topowy deser wyjazdu. Ja jadłam ciepłe ciasto z gruszkami i kardamonem pieczone „upside-down” tzn. gruszki na dole a na to ciasto biszkoptowe, a podaje się na odwrót i gruszki są karmelowe i zrumienione. Do tego mascarpone. Pyszne ale nie przebiło kremu brulee.

Jednym słowem – Nopa jest super. Idźcie do Nopy. Spodoba się każdemu. Jeśli odwiedzicie Nopę i się wam nie spodoba to już zostaje tylko lekarz.


The Trappist 4.11.2009 19:40 GMT+1
Zaraz obok Tamarindo (o którym wierni czytelnicy niniejszej opiniotwórczej rubryki już wszakże czytali), pod adresem 460 8th Street, znajduje się The Trappist czyli mały, ale świetnie zaopatrzony pub z ponad 20 piwami z beczki i wielokrotnością tej liczby w butelkach.

Właściwie po przekroczeniu jego progu można poczuć się jak w Belgii albo Holandii – typowy bar z piwem, umiarkowany gwar nie przeszkadza, długa lada, a na niej z 10 kijów do piwa beczkowego (+ jeszcze drugie tyle w drugiej sali…). I co to za piwa! Żadnej komercyjnej tandety, około połowy karty to prawdziwe piwa belgijskie! Do tego - co często spotyka się w mających większe ambicje lokalach amerykańskich – niemały wybór rodzimych produktów wysokiej jakości, produkowanych tradycyjnymi metodami, w lokalnych, często rodzinnych firmach – w tym wypapadku browarach;).

Jako zatwardziałemu fanatykowi piw górnej fermentacji, nie trzeba było mi wiele więcej. Przez dwa dni przesiedzieliśmy w The Trappist chyba ze cztery godziny i spróbowaliśmy wielu gatunków. Z najbardziej oryginalnych i smacznych zarazem (bo to wcale nie musi iść w parze) muszę wspomnieć o piwie Temptation z Russian River Brewing Company w Santa Rosa. Jasne ale „starzone” jest w beczkach po chardonnay przez 12 miesięcy (do beczek dodaje się jeszcze nieco drożdzy Brettanomyces. Wyszło z tego coś pomiędzy piwem, a winem – w dodatku zarazem słodkie, kwaśne i owocowe. Jak widać czytelnicy Beeradvocate.com też się zachwycają:)

Oferta piw beczkowych ciągle się zmienia, spójrzcie tylko, co aktualnie bar ma w swej ofercie! Przewijając katalog Trappist’a w dół można przeglądnąć całą litanię opróżnionych tam beczek z piwem – czyż nie brzmi to lepiej, niż nasz nudny i zawsze dostępny Żywiec?

Jeśli komuś (co mało prawdopodobne) nie wystarcza ponad 20 gatunków piwa z beczki, jest jeszcze kilkadziesiąt rodzajów piw butelkowych. Naprawdę rzadkich – nawet w Europie. Szczególnie ucieszyła mnie dostępność piwa lambic z browaru Cantillon w Brukseli, który odwiedziłem nie dalej jak pół rok temu! No ale z lambikiem poczekam do następnej wizyty w Belgii.

Ofertę piwną uzupełnia kilka przekąsek – prostych ale w świetnym gatunku. Plasterki dojrzewającego salami z kaczki, rillettes z gęsi, sery, krakersy, coś w tym rodzaju, tylko żeby przegryźć coś do piwa.

Jak dla nas to coś w sam raz – oryginalne, bez chłamowej tandety, ale też bez snobistycznego nadymania się. Wraz z Tamarindo i cotygodniowym, piątkowym
targiem The Trappist lokujemy na liście punktów obowiązkowych dla odwiedzających Oakland!


Absinthe 1.11.2009 23:42 GMT+1
Ponieważ w Warszawie restauracja Absynt to nasze ulubione miejsce, nic dziwnego, że przymierzając się do wyboru paszy w San Francisco postanowiliśmy pójść do jej imienniczki – Absinthe, chociaż nie ma wyróżnienia przewodnika Michelin (a warszawski Absynt ma!). To taka półelegancka, gwarna i pełna ludzi knajpa na Hayes Street, strategicznie ulokowana na rogu ulicy, z częścią barową i dalszą restauracyjną. Rezerwacja na wieczór raczej konieczna, my byliśmy w środku tygodnia, a działy się dantejskie sceny. Stoliki bardzo ciasno umiejscowione, ale nikomu to nie przeszkadzało – Amerykanie najwyraźniej uwielbiają siedzieć na – excusez le mot – kupie, a z naszej rozmowy i tak nikt dookoła nic nie rozumiał więc było nam obojętne.

Na początek karta drinków - jak w wielu miejscach w San Francisco (a może to taki ogólny trend w USA?) drinki są nieliczne, ale superpomysłowe. Dżin z żółtym i zielonym chartreuse? Tequila z absyntem i granatami? Mezcal z werbeną? Do wyboru do koloru. I do tego jakie dobre!

Jak przystało na dwa żarłoczne Polaczki zamówiliśmy z całą szykaną: pierwsze, drugie i deser. W przeciętnym amerykańskim dinerze groziłoby to natychmiastowym zgonem w straszliwych męczarniach, ale tu na szczęście były trochę mniejsze porcje, podawane na talerzu, a nie w wiadrze. Na początek Homik wziął zupę dyniową z wanilią i imbirem (ja robię lepszą! spytajcie Homika!), a ja pasztet z szałwią i suszonymi morelami podawany z musztardą i korniszonami (smaczny ale nic powalającego).

Drugie dania za to były super. Ja jadłam przegrzebki (bo ja zawsze jem przegrzebki! Chyba sobie to wpiszę w CV). Podano je z grzybami, bekonem, zieloną fasolką i puree z karmelizowanej cebuli. Homik wziął pyszną jagnięcą polędwicę natartą szermulą czyli pastą z kolendry, kuminu i rzeczy pochodzenia arabskiego, do tego dodatki też w klimacie Maghrebu: sos z harissą, ciecierzyca, ogórkowy relisz. Jeśli ktoś nie rozumie któregoś słowa z ostatniego zdania to niech popyta wśród znajomych, no bo co, w końcu pozycja czytelnika niniejszej opiniotwórczej rubryki zobowiązuje chyba do pewnej kulinarnej orientacji!

Desery dorównały poziomem paszy właściwej. Homik, który zawsze zamawia jakieś dziwactwa (wędzona herbata o smaku wywaru spod szynki, baluty czyli jajka z ptasim embrionem w środku, czy mam wymieniać dalej?), wziął słodkie fioletowe ziemniaki z Okinawy z orzechowym puchatym biszkoptem i lodami z przypalonego masła. Ja zamówiłam pot au chocolat czyli miseczkę z czekoladowym kremem pieczonym w kąpieli wodnej, bez dodatków poza łyżeczką gęstej słodkiej śmietanki. W karcie były jeszcze lody z oliwy z oliwek podawane z solonym kremem czekoladowym i do teraz żałuję, że już by się nigdzie nie zmieściły. Jak będę jeszcze kiedyś w San Francisco, co mam nadzieję nastąpi, to na pewno pójdę i zrobię awanturę, że mają mi takie podać i w ogóle mnie to nie interesuje że już nie ma, bo co miesiąc zmieniają menu!


Tamarindo Antojeria Mexicana w Oakland 1.11.2009 11:22 GMT+1
W Old Oakland na 8 ulicy niedaleko Broadway mieści się Tamarindo Antojeria Mexicana – mała meksykańska knajpka z niedużymi (w Stanach oznacza to poniżej wiadra na osobę) porcjami różnych pysznych rzeczy. Ceviche w różnych wariantach, my akurat trafiliśmy na krewetkowe. Zakładam, że KAŻDY wie, co to ceviche, ale jak nie, to informuję, że są to kawałki surowej ryby albo innego morskiego zwierzęcia, zamarynowane w soku z cytrusów i podane przyprawione na ostro, z ostrymi papryczkami, siekaną cebulą i innymi przyprawami. Poza tym mają tam różne tamales, czyli paszteciki z ciasta kukurydzianego nadzianego dowolnym farszem, np. pikantną wieprzowiną, owinięte w liście kukurydzy albo bananowca i upieczone, a może ugotowane na parze? Jedliśmy też, jako specjalność dnia, chiles en nogada, czyli papryki faszerowane picadillo (farszem z mielonego mięsa przyprawionym na słodko-ostro, z rodzynkami i gruszką), zalane sosem z włoskich orzechów i posypane pestkami granatu. Było to po prostu pyszne! Jeśli jeszcze kiedyś będę w Oakland to na pewno tam pójdę – recenzenci Michelina chyba też chodzili, bo Antojeria dostała wyróżnienie BIB Gourmand w 2008 r. Wieczoru nie zepsuło nawet to, że przy sąsiednim stoliku pan kazał sobie przynieść frytek, następnie darł się do pani „Zrozumiałaś coś z tego co on nam polecał?!”, a potem oboje wybuchali śmiechem – ten subtelny żarcik nawiązywał do silnego meksykańskiego akcentu kelnera. Strasznie się uśmiałam.


<< Poprzednie 1 2 Następne >>

Content Management Powered by CuteNews

© hominski.net 2005-2010
wejść od 29.01.05