Jako sie rzeklo, pierwsze dni w Stanach spedzamy w Parku Narodowym Yosemite. Zanim sie tu dostalismy, musielismy wstac w Warszawie o 4 rano, zdazyc na samolot o 6.30 i z jedna tylko przesiadka wyladowalismy w poludnie tutejszego czasu w slonecznym (podobno to ewenement) San Francisco. W miedzyczasie zjedlismy trzy sniadania, lunch i obiad, a dopiero byla dwunasta! To dobrze rokowalo;)
Z wypozyczalni wzielismy jakiegos Dodge'a (rzut oka na wskaznik zapelnienia baku po przejechaniu 300 km wystarcza, by przekonac sie, czemu tutejszy przemysl samochodowy bankrutuje w starciu z Azjatami) i po kilku godzinach bladzenia, stania w korkach, koniecznych zakupow, niemal zasypiajac za kierownica, wyladowalismy okolo 9 wieczorem (6 rano w Polsce) w Yosemite West. Po czym nadeszlo wymarzone 10 godzin snu w sympatycznym bed&breakfascie:)

Sobote i niedziele przeznaczylismy na wycieczki po parku. Wiekszosc szlakow przebiega na wysokosci 1500-2500 metrow (my mieszkamy na ok. 2000). Trasy sa fajnie poprowadzone krawedziami urwisk, blisko wodospadow, ale tez po prostu po lesie, gdzie az roi sie od zwierzat (i nie mam tu na mysli owadow). Byloby ich zapewne jeszcze wiecej, gdyby gadatliwi Amerykanie przestali pytlowac i ploszyc zwierzeta, a zamiast tego rozejrzeliby sie wokol siebie. Potrafia przejsc 10 metrow od jelenia albo pod siedzacym na galezi jastrzebiem i nic nie zauwazaja! A my spokojnie spacerujac widzielismy w ciagu paru godzin kilka jeleni, sokola, jastrzebia, kruki, dzieciola i pare innych kolorowych ptaszkow, no i oczywiscie miliard rodzajow wszedobylskich wiewiorek. A rano ostatniego dnia pod nasze okna podeszly kojoty!


Widzielismy tez sekwoje, naprawde sa duze, a ciekawe jest to, ze co jakis czas robi sie kontrolowane pozary lasow, zeby wytepic wszystkie drobniejsze gatunki drzew, ktore zabieraja sekwojom miejsce i skladniki odzywcze z gleby...
Zrobilismy pare zdjec, w sumie pogoda dopisywala, wiec powychodzily dosc ladnie. No bo w ogole jest tu dosc ladnie:)
 |